niedziela, 26 czerwca 2016

Deszczowa niedziela, czyli za co lubimy przedszkole

Lubicie przedszkola Waszych dzieci? Nasze od czterech lat daje radę ;) Co cieszy mnie niezmiernie, bo przed nami jeszcze dwa, trzy lata wspólnej przygody. Najfajniejsze oczywiście są ciocie. Nasi chłopcy każdego dnia wpadają do budynku z uśmiechem, a trzyletni Je zaczyna i kończy dzień uściskaniem ukochanej opiekunki. Dla pięcioletniego Jo ważniejsi są już koledzy i to, że za chwilę idzie do szkoły ;)
A imprezy! W ciągu roku jest ich cała masa, ale nasza ulubiona to doroczny rajd z okazji Dnia Ojca. Wszystkie chętne rodziny pakują się do swoich samochodów, po czym kierując się wskazówkami i wykonując zadania, pędzą ku tajnemu miejscu piknikowemu. Tam, u mety, dorośli rozprawiają przy kiełbaskach z grilla lub smakołykach z wiklinowych koszy, podczas gdy dzieci krzyczą, biegają lub zwyczajnie taplają się w błocie, którego dziś było mnóstwo. Wróciliśmy umorusani i zadowoleni, mówiąc krótko - udaną mieliśmy niedzielę, prawda?


 To nasza samochodowa naklejka. Je trzymał ją i za nic nie chciał oddać...

Dzięki zadaniom dzieciaki poznają najbliższą okolicę. Rodzice również bywają zaskoczeni...

Jedna z największych atrakcji - krowy w lesie. Tato, a co one tu robią? No właśnie, co?
 
 
Lotnisko w Biernatkach - mieszkamy tak blisko, a byliśmy pierwszy raz!
 
Nasz kosz piknikowy opustoszał błyskawicznie, na sfotografowanie zawartości pudełek nie było szans. A mieliśmy same pyszności - bułeczki pizzowe, kalarepkę, kolby kukurydzy, czereśnie...
 


środa, 27 kwietnia 2016

Weekendowy wypad - Kraina Wygasłych Wulkanów

Kraina Wygasłych Wulkanów... brzmi przyjemnie tajemniczo, prawda? Właśnie ta nazwa sprawiła, że na nasz pierwszy tegoroczny weekend poza domem wybrałam Pogórze Kaczawskie - chłopców bardzo intrygowało, czy w Polsce rzeczywiście są wulkany. Oczywiście! Co prawda nieaktywne od co najmniej pięciu milionów lat, ale zachowały charakterystyczny kształt mimo, że lawę dawno porosły lasy. Najbardziej znana jest Ostrzyca, nazywana śląską Fudżi. Z uwagi na przenikliwe zimno (3 stopnie, temperatura odczuwalna -2! W końcu kwietnia!) nie wdrapywaliśmy się na szczyt, ale sam widok zrobił na nas duże wrażenie.



Spragnionym wiedzy o wulkanach, minerałach i trzęsieniach ziemi polecamy Sudecką Zagrodę Edukacyjną, fantastyczne miejsce, w którym w przyjazny dzieciom sposób opowiada się o tym jak powstają wulkany, co to jest trzęsienie ziemi i ile waży złoto. Zagroda jest w pełni interaktywna, ma między innymi model kuli ziemskiej pokazujący czym jest jądro ziemi, gdzie na świecie występują czynne wulkany i jak dochodzi do wybuchów, a także makietę, na przykładzie której dzieci mogą się przekonać dlaczego nie należy budować domów na terenach zalewowych. W Polsce, zdaje się, ta wiedza nie jest powszechna... W soboty i niedziele warto wybrać się tam w południe, wtedy pan przewodnik prostym językiem opowiada dzieciom o geologii, a brzmi to jak najfajniejsza bajka - dzieci słuchają z otwartymi buziami! Na przykład o tym, że lawa jest tak gorąca, że gdyby na niej stanąć, można stopić sobie podeszwy butów. Tak, to przypomniało mi o moich własnych butach trekkingowych zniszczonych przez lawę w Gwatemali niemal siedem lat temu...KLIK




Ostrzyca nie była jedynym "cudem natury", jaki odwiedziliśmy w miniony weekend. Kolorowe Jeziorka w Rudawach Janowickich to cztery stawki, każdy w innym kolorze. Powstały na terenach pokopalnianych, a ich kolor związany jest ze składem chemicznym skał. Pierwsze Jeziorko Żółte, niepozorne, daje przedsmak tego co czeka dalej. Ostatnie na szlaku, Jeziorko Zielone, bardzo nas rozczarowało. Pojawia się jedynie wiosną, więc maszerując do niego mieliśmy nadzieję zobaczyć coś ekstra, a zobaczyliśmy... burą kałużę :) Rozczarowanie jednak nie było aż tak wielkie, bowiem widziane wcześniej Jeziorko Purpurowe i Jeziorko Błękitne sprawiły nam sporo radości. Jeziorko Błękitne jest zabarwione na intensywnie turkusowy kolor, zatem jeśli ktoś narzeka, że w Polsce nie ma "tropikalnych" wód, niechaj rusza w Rudawy! Podczas marszu w obie strony chłopcy mieli frajdę z taplania się w Jeziorku Purpurowym, które kolor co prawda ma ciemnopomarańczowy, ale za to otoczone jest skałami, wpada do niego strumień, przez który można skakać, a w pobliżu znajduje się mała, wypełniona wodą jaskinia. Dobrze, że w plecaku mieliśmy zapasowe skarpetki...







Ale ta część Dolnego Śląska to nie tylko przyroda. To również średniowieczne zamki pełne historii o rycerzach i wojnach husyckich. Zamek Bolczów jest trwale zabezpieczoną ruiną, położoną pośrodku lasu, na wzniesieniu. Można do niego dojść pieszo, przeskakując przez strumień (+1000 do frajdy, kolejna zmiana skarpetek) bądź dojechać rowerem, choć trasa z mojego punktu widzenia wygląda na dość trudną. W zamku latem można spać na karimacie - myślę, że widok nieba w ciepłą noc jest niezapomniany :)





Zamek Grodziec położony na starym wulkanie zachował się w doskonałym stanie, można go zwiedzać, choć zdecydowanie większe wrażenie robi z zewnątrz niż od środka. Wewnątrz misz masz, mydło i powidło, bez ładu i składu. Za to na dziedzińcu cały czas płonie ognisko i można sobie na nim upiec kiełbaskę, co dla dzieci jest oczywiście ogromną atrakcją.





Gdybyście wybierali się w tamte strony i zastanawiali się gdzie spać, z całego serca polecamy Villa Greta, miejsce przyjazne rodzinom, z piękną historią, wspaniałymi pokojami i fenomenalnym jedzeniem, zgodnym z ideą slow food. Wierzcie mi, było pysznie, a wcale nie jest łatwo zaimponować mi smacznym i naturalnym jedzeniem :) Aha, na ich www w zakładce "warto zobaczyć" wymienione są wszystkie atrakcje w regionie, bardzo przydatny przewodnik! My widzieliśmy tylko kilka z nich, więc z pewnością jeszcze tu wrócimy. Może jesienią...?


niedziela, 7 lutego 2016

Czy Gwiezdne Wojny i Napoleon mają ze sobą coś wspólnego?

Obudziliśmy się dziś rano, a słońce uśmiechało się do nas szeroko, zachęcając do wybrania się na wycieczkę. Po leniwym, niedzielnym śniadaniu (wiadomo, naleśniki!) spakowaliśmy prowiant na piknik oraz dwa dinozaury (jeżdżą z nami wszędzie) i pomknęliśmy w kierunku południowo-wschodnim. Tam bowiem, jakieś 40 km od naszego domu, znajduje się miejsce, które już od dawna kusiło nas swoim schizofrenicznym lekko charakterem. W XIX-wiecznym pałacyku w Witaszycach koło Jarocina mieszczą się tu bowiem dwa zupełnie odmienne charakterem muzea, Muzeum Napoleońskie i Muzeum Gwiezdnych Wojen. Ze względu na dzieci i panujące ostatnio u nas lekkie szaleństwo starwarsowe oczywiście głównym celem wyprawy było to drugie, ale i Napoleon doczekał się naszej uwagi. W przeraźliwie zimnych pomieszczeniach muzealnych można zobaczyć pięknie odtworzoną scenę bitwy pod Waterloo, liczne pamiątki z epoki, a także... autentyczny (podobno), choć mikroskopijny włos Napoleona. Młodsze dziecię zupełnie nie wykazywało zrozumienia dla historii, głośno deklarując "Ja nie chcę tu być!", starsze natomiast zaskoczyło nas poważnym podejściem do sprawy - z bliska obejrzał wszystkie figurki, przyjrzał się strzelbie z wielkim bagnetem, zerkał na mundury i przeszczęśliwy był, że pan kustosz pozwolił mu zagrać na doboszowym bębnie.

Ale oczywiście było to tylko preludium do tego, co nas czekało w podziemiu. Kilka pomieszczeń wypełnionych przedmiotami związanymi z Gwiezdnymi Wojnami - stare plakaty filmowe, mnóstwo figurek różnej wielkości, pełno zestawów LEGO, w tym nawet Gwiazda Śmierci, a także dioramy to był aż za dużo radości na raz. Chłopcy z obłędem w oczach biegali pomiędzy pokojami, co rusz wołając się nawzajem: "Patrz na to!", "Widziałeś co tu jest??", a i Łukasz był pod wrażeniem. Pan kustosz, który zapewne niejedno już widział, uśmiechnął się słysząc, jak nasz trzylatek na widok Vadera nuci charakterystyczny temat muzyczny "tu tu tutu tuu.. tu tu tutu..." Gospodarz opowiedział nam, jak zdrowo ponad 30 lat temu poszedł do kina Muza w Poznaniu na Star Wars i do teraz z tego świata nie wyszedł. To widać. Tylko ktoś kto mocno wsiąknie w temat może stworzyć tak dziwne, a sprawiające taką frajdę miejsce :) Eksponatów coraz więcej, trwają więc prace nad otworzeniem kolejnej wystawy. Latem jedziemy tam znowu!













niedziela, 24 stycznia 2016

Delta Mekongu - azjatycka Wenecja ;)

Miał być Wietnam plus ewentualnie Angkor Wat, a prawie trzy tygodnie spędziliśmy w Kambodży. Błyskawiczne modyfikacje są najlepsze w samodzielnym planowaniu wakacji!
Ale Wietnam tuż przed odlotem do Polski zaoferował nam coś niezwykłego - dwudniowe eksplorowanie Delty Mekongu. Liczne odnogi potężnej rzeki, wyspy i wysepki kryją wiele wspaniałych atrakcji! Pływaliśmy statkiem, łódką i kajakiem, by dotrzeć do kokosowej farmy, zająć się produkcją papieru i makaronu ryżowego, pogadać z krokodylami, skosztować longanów, rambutanów, mango, chlebowca, pomelo,smoczego owocu i wielu innych egzotycznych gatunków. Ukradliśmy pszczołom trochę miodu, zastanawialiśmy się nad spróbowaniem skorpionowej wódki i wcinaliśmy kokosowe karmelki. Spaliśmy w małym bambusowym domku tuż nad rzeką, w którym co prawda razem z nami nocowały co najmniej komary i szczury, ale za to właściciele uczyli nas jak przygotować wietnamskie sajgonki.

Kilkanaście godzin temu wróciliśmy do domu, na śniadanie były naleśniki z babcinym dżemem, ugotowaliśmy zupę ogórkową, bułeczki cynamonowe siedzą w piekarniku, a my idziemy lepić bawłana, bo cieszymy się, że zima na nas zaczekała!