2013 Seszele



Seszele były dla mnie synonimem luksusu. Rajskie plaże, spokój, ekskluzywne hotele i drinki z palemką – zastanawiałam się czy z dwójką rozbrykanych dzieci nie zakłócimy tej harmonii ;). Okazało się jednak, że Seszele Seszelami, ale to wciąż nasza ukochana Afryka, która tutaj również pokazuje swoje bałaganiarskie, spontaniczne i wyluzowane (by nie rzec – leniwe), choć jak zawsze piękne oblicze.






Zamieszkaliśmy na wyspie Praslin (jej długość to całe 10 km!), naszą bazą stał się domek na skale z widokiem na Zatokę Św. Anny i drzewo nietoperzowe. Nazwaliśmy je tak, ponieważ było kryjówką endemicznego gatunku nietoperzy – wielkich, roślinożernych stworów, które co wieczór namiętnie latały niemal tuż przed naszymi nosami. Są naprawdę duże, ale mają wyjątkowo sympatyczne pyszczki – jak na nietoperze oczywiście ;) Nietoperze przez wiele, wiele lat były seszelskim przysmakiem, obecnie można ich spróbować tylko na zamówienie. Nie zdecydowaliśmy się…





A bliższe i dalsze podboje rajskich wysp sprawiły nam wiele radości!

W samym sercu „naszej” wyspy znajduje się absolutnie magiczne miejsce – Vallee de Mai. To dziewiczy las, ostatni na świecie naturalny las z palmami coco de mer, które mają orzechy w kształcie kobiecych pośladków (chyba główny symbol Seszeli). Las ten wpisany jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i w pełni na to zasługuje. Tropikalna dżungla z takim mnóstwem roślinności, że idąc ścieżką nie widać nieba tylko fantastyczny zielony dach. Żyje tam bardzo wiele gatunków ptaków i jeden jedyny ssak – malutki jeż tenrek. Przy okazji serdecznie pozdrawiam przedstawiciela tego gatunku, który wiele lat temu na pikniku w Muzeum w Szreniawie ugryzł mnie do krwi w palec :P




 



Naszym zdaniem to najpiękniejsze miejsce na wyspie, mimo tego, że mnóstwo na niej rajskich plaż. Najładniejsza wg nas to Anse Georgette – mała plaża wciśnięta pomiędzy wielkie granitowe skały, z białym piaskiem, „leżącymi” palmami, bujną roślinnością i wielkimi kamieniami. Dodatkowo trafił nam się tam najfajniejszy lunch, przesympatyczny rastafarianin około południa rozstawia swój mały kramik z owocami, by na zamówienie przygotować talerz z liścia pełen smakołyków.





 

Poznaliśmy żółwie olbrzymie – jedne z największych żółwi na świecie, mierzą do 120 cm i ważą do 250 kg!! Podobno swego czasu pierwsi osadnicy niemal doszczętnie je wytępili, zachowały się tylko na wyspie Aldabra i stamtąd zostały reintrodukowane na inne wyspy, choć na wolności żyją tylko na Curieuse Island. I tam właśnie popłynęliśmy w pewien upalny poranek, by zaznajomić się z sympatycznymi stworami. Już przy brzegu powitało nas kilka osobników, wszystkie żółwie łażą gdzie chcą, jedzą co im się podoba, można do nich podejść, pogłaskać (łaszą się jak koty!), a nawet wskoczyć im na grzbiet (o ile jest się dzieckiem oczywiście ;) ). Śledziliśmy je dobre dwie albo trzy godziny, bo Jonasz wciąż krzyczał „jeszcze, jeszcze jeden, tam jest!!” i biegł do kolejnego. Fantastyczna przygoda!

 
  






Przy okazji ponurkowaliśmy trochę z rurką przy maleńkiej (naprawdę maciupeńkiej) wyspie St. Pierre podziwiając piękny podwodny świat. Oczywiście w systemie zmianowym – najpierw Klaudia pływa, Łukasz na łódce pilnuje śpiącego niemowlaka, jednocześnie wraz ze starszym synem łowiąc ryby wyimaginowaną wędką, później Łukasz pływa, a Klaudia jedno dziecko karmi, a drugie łapie, żeby z ciekawości (tata pływa, pływa z rybkami!!) nie wypadło za burtę.

Innego dnia popłynęliśmy na La Digue – wysepkę, której światła podziwialiśmy każdego wieczoru. Idealny sposób poruszania się po niej to spacery i rowerowe przejażdżki. Życie tutaj toczy się leniwie. Można odpocząć na jednej z licznych pięknych plaż, w tym na Anse Source d’Argent będącej wg National Geographic najpiękniejszą plażą na świecie. Można odwiedzić plantację wanilii albo hodowlę żółwi. Mieszkańcy są tu przyjaźni, przestępczość zerowa. Przed położonych tuż przy porcie posterunkiem policji siedział pan policjant i z małym, półnagim chłopcem bawił się w „kosi, kosi łapci” – urzekający widok :)






 
Udało nam się też „zaliczyć” seszelski Dzień Niepodległości – trafiliśmy na piknik na plaży (a jakże!) ze sceną, tańcami, dmuchanym zamkiem, fastfoodami w wersji kreolskiej i różnymi zabawami. A propos kuchni kreolskiej – jest genialna! Łączy wpływy kolonizatorów (Francja, Wielka Brytania), Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii. Jest pyszna, lekka, kolorowa i bardzo zdrowa, bazuje na warzywach i owocach oraz rybach. Pewnie wynika to z tego, że wszystko inne musi ten maleńki kraj importować. A jak już przy konsumpcji jesteśmy to mają też lokalny browar z dobrym piwem – Seybrew oraz pyszny rum wytwarzany z palmy kokosowej – Takamaka. Zapas przywieziony :P





Czas wakacyjny minął nam szybko (fakt, w tym roku wyjechaliśmy na wyjątkowo krótko i dlatego planujemy coś jeszcze na sierpień ;)). Wróciliśmy cali, zdrowi, opaleni i pełni wrażeń. Czy w dwójką dzieci podróżuje się trudniej niż z jednym? Tylko nieznacznie – teraz jedna para rąk przypada na jedno dziecko ;) Jeremi akurat na wakacjach zainteresował się pożywieniem innym niż mleko, więc pierwsze „stałe” rzeczy jakich próbował to papaja, starfruit (takie w przekroju jak gwiazdka, w Polsce chyba czasem drinki tym przyozdabiają) oraz orzech kokosowy. Jonasz znów przeżył lekcję różnorodności i tolerancji, podsumowaniem tego niech będą słowa naszego rezolutnego 2,5-latka: „A wiecie, jedni ludzie mają jasną skórę, a inni mają ciemną. Fajne to jest!”

No fajne :)














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz