2009 Gwatemala / Belize / Meksyk

A to Diego!


Ciudad de Mexico, 10.11.2009




Od wczorajszego wieczoru jesteśmy w Ciudad de Mexico. Olbrzymie miasto, głośne, intensywne i… brudne. Dziś pieszo obeszliśmy najciekawsze miejsca. Na pierwszy ogień katedra - budowana od XVI wieku stanowi prawdziwy melanż stylów architektonicznych. Zbudowana na ruinach kompleksu świątyń azteckich, zapada się z roku na rok bardziej, gdy przy ołtarzu położy się kulkę, spokojnie doturla się do wejścia. Weszliśmy na jedna z dzwonnic, a później niespodzianka: pozwolono wejść nam na dach katedry! Pierwszy raz w życiu spotkała nas taka atrakcja! Widok niesamowity - staliśmy pomiędzy dwiema dzwonnicami mając miasto u stóp. Dodatkowo było akurat krótko przed 12:00, więc załapaliśmy się na ‘koncert’ dzwonów - widzieliśmy jak kilku facetów bije w nie, nawołujac się przy tym, by złapać wspólną melodie. Piękne.

A w dole odbywała się demonstracja niezadowolonych pracowników sektora energetycznego. Wyglądało to dokładnie jak u nas gdy strajkują stoczniowcy, górnicy czy kto tam jeszcze.

Później zawędrowaliśmy do Palacio Nacional, w jednej połowie wielkiego budynku urzęduje prezydent, a druga udostępniona jest ludności. Cale piętro pokrywają obrazy Diego Rivery. Jego twórczość szalenie mnie rozbawiła - w jednym miejscu namalował Fridę Kahlo, żonę swoją, jako prostytutkę. Było to z zemsty za to, że rzeczona Frida miała romans z Trockim. To, że sam Rivera romansowałwtedy z jej siostra nie ma oczywiście żadnego znaczenia… ;)
Gdzie indziej, obrazując najazd konkwistadorów, Diego namalował Hernana Cortesa z zielona skórą. Cortes podobno cierpiał na syfilis i Rivera najwidoczniej bardzo chciał to wszystkim unaocznić :) Pomysłowy Diego!

Kończąc wycieczkę wylądowaliśmy w dwupoziomowej, wielkiej piekarni, gdzie kupiliśmy sobie empanady. Okazały się znacznie mniej smakowite niż te zapamiętane z Peru, ale człowiek głodny nie wybrzydza!

Teraz siedzimy w naszym hostelu, popijamy piwo (kupując je zostaliśmy uraczeni małą tequila na ‘dzień dobry’) i nastawiamy się psychicznie na jutrzejsza podróż - 18 h do Tapachuli na granicy z Gwatemalą, później 6 h do Ciudad de Guatemala i jeszcze mała godzinka do Antigua, gdzie mamy zamiar zrobić sobie bazę wypadowa. Cóż, damy rade! A o efektach poinformujemy.

PS Właśnie wróciliśmy z fantastycznego spektaklu typu światło i dźwięk. Okazja - setna rocznica rewolucji meksykańskiej. Trudno mi opisać to co widziałam, ale wspomniany wcześniej Palacio Nacional za pomocą laserów zmieniał się nie do poznania. W dodatku przed nim w milionach kropelek wody tez laserowo pokazana była historia Meksyku. Szkoda tylko, ze dla tworców pokazu Ameryka zaczęła się od Kolumba… Dla równowagi niedaleko grupa zapaleńcow urządziła pokaz tańców azteckich. Bębny, grzechotki na stopach, dym z kadzideł, ułożone w koło owoce - a wszystko to nieopodal ruin azteckiej piramidy. Czy to miejsce jeszcze choć trochę należy do Indian…?

Taplając się w lawie


Lago de Atitlan, 14.11.2009



No to jesteśmy w Gwatemali - po 35 godzinach w autobusie. W dodatku nudny ten autobus, wygodny, szybki, drogi dobre, zupełnie nie będzie co wspominać, do zeszłorocznej przygody autobusowej w Tanzanii się nie umywa.
Dojechaliśmy do Antigua, pięknego miasteczka pełnego kościołów i urokliwych budynków, otoczonego trzema majestatycznymi wulkanami. To stara stolica Gwatemali, przeniesiona stad w XVII wieku, po kolejnym trzęsieniu ziemi. Wczoraj zdobywaliśmy wulkan Pacaya, jeden z trzech czynnych wulkanów w Gwatemali. W sumie mają ich 37. Wchodzi się niecałe dwie godziny, przy czym ta druga godzina to wędrówka przez pył wulkaniczny i liczne kamienie, bardzo stromo. Schodzi się tą sama droga, a wlaściwie zjeżdża, niszcząc buty do końca, bo wcześniej podeszwy topią się podczas chodzenia po gorących skalach. Całą tą męczącą wędrówkę wynagradza widok płynacej lawy, czerwonej, gorącej i bardzo plastycznej. W Europie taka rzecz byłaby nie do pomyślenia - zanim dotarłoby się do gorących skał, zatrzymałyby nas barierki i może z daleka udałoby się zobaczyć lekko żarząca się skałkę. A tu proszę - podchodzisz do samego strumienia czerwonej masy. Piękny to widok - czarne skały wulkaniczne i czerwona rzeka pośród nich.

A Lukasz znalazł znów przyjaciół - w restauracji kota złodziejaszka, który usiłował dobrać się do naszych talerzy, za co został nagrodzony nielubianym przez nas jajem sadzonym oraz wychudzonego psiaka, który wszedł z nami na wulkan i został obdarowany resztkami naszych kanapek.

Dziś dojechaliśmy do Panajachel, nad jezioro Atitlan, chwilkę tu pobędziemy.

Na indiańskim targu


Chichicastenango, 16.11.2009



Jesteśmy wciąż nad jeziorem Atitlan. Majestatyczne trzy wulkany górujace nad jeziorem - piękny widok. Wczoraj popływaliśmy łódką (a właściwie kilkoma łódkami) pomiędzy wioseczkami.  Odwiedziliśmy trzy, jedną zwyczajną, bez turystów, brudną, ale pięknie położoną - Santa Cruz, drugą jakaś taka hipisowska z centrami jogi, medytacji, masażami i nawiedzonymi białasami - San Marcos oraz trzecią imprezowa z hostelami, knajpami i wieloma atrakcjami - San Pedro. W San Pedro spędzilismy sympatyczne popołudnie z przemiłą parą Polaków, Izą i Sebastianem, których poznaliśmy podczas wędrowki na wulkan. Piliśmy razem piwo, opowiadaliśmy sobie nawzajem skąd i dokąd jedziemy no i dzięki nim jedziemy w kolejne fajnie zapowiadające się miejsce, do Semuc Champey, jaskinie, źródła termalne i tym podobne klimaty. Wyruszamy jutro. Niestety o 6 rano…

A Izę i Sebastiana spotkaliśmy dziś kolejny raz, na kolorowym i glośnym targu w Chichicastenango. Targ odbywa się w niedziele od świtu i można na nim kupić dosłownie wszystko, wiec rozwiały się nasze obawy, ze to targ urządzany na pokaz, dla turystów. Oczywiście jest tam mnóstwo masek, ciuchów i gadżetów dla gringos, ale są tez warzywa, owoce, miski, zegarki, maczety i inne przydatne w codziennym życiu przedmioty.

W Panajachel trafiliśmy na grupę 40 Polaków prowadzonych przez Cejrowskiego. Tak, tak, pan Cejrowski, kreujący się na takiego co tylko w dzicz i za duże pieniądze może kogoś zabrać, dorabia jako zwykły przewodnik zwykłych wycieczek. Złośliwe to, ale dziada wyjątkowo nie trawimy, zwłaszcza po letnich występach w Poznaniu. Łukasz podszedł się przywitać (poznali się, gdy Cejrowski prowadził spotkanie poświecone Kazimierzowi Nowakowi) i usłyszał, że to chyba on, Cejrowski, powinien powitać nas na SWOIM terenie. Nieziemski bufon, żenujące zachowanie.

Wieczór tu zapada, za chwilę na piwo pójdziemy i na jakąś kolację, może do knajpki, a może po prostu na ulicę, gdzie mnóstwo straganów z pysznościami właśnie się rozkłada i zapachy zaczynają nęcić. Dobrze nam w tej Gwatemali jest…

Jaskinia, baseny i czekolada


Semuc Champey, 20.11.2009



Dojechaliśmy do Semuc Champey. Szef noclegowni po usłyszeniu skąd jesteśmy od razu nam zapowiedział, że z Polakami rumu już nie pije. I że nauczył się, ze jego salud! to po polsku na zdrowie! Sebastian zostawił po sobie piękne wspomnienia :)))


Następnego dnia o 9:30 wyprawa do jaskini, godzina w jedna i godzina w druga stronę. Od początku brodzi się po kostki (bądź po kolana w przypadku przewodnika - Gwatemalczycy są bardzo nieduzi), w ręku trzymając świeczki nieco większe od tych na tort, by oświetlić sobie drogę. Następnie robi się coraz głębiej, znów płycej i nagle traci się grunt i trzeba płynac - wciąż ze świecą. Dodam, że nikt nas o tym nie uprzedził co więcej - nikt nas nawet nie zapytał czy umiemy pływać! Standardy bezpieczeństwa różnią się tu od tych europejskich :) Takich basenów było kilka plus liczne drabinki, wodospady i śpiące  w różnych zakamarkach nietoperze. Przeżylismy, nawet uznaliśmy, ze to ciekawe doznanie było, ale w trakcie  wędrówki kilka razy strach zaglądał nam w oczy.


Za to powrót był rewelacyjny - na brzegu rzeki, której wody wypełniają jaskinię zapakowaliśmy się do wielkich gumowych kół i z prądem spłynęliśmy prosto do naszego bungalowu.


A po mniej więcej godzinie sprawiliśmy sobie nagrodę - przez paskudny metalowy brudnożółty most przeszliśmy na druga stronę rzeki, poszliśmy ostro pod górkę i trafiliśmy do właściwego Semuc Champey. Plotka o źródłach okazała się nieprawdziwa (albo my sobie coś uroiliśmy), ale jest tam kilka basenów, w każdym woda w innym kolorze - turkusowa, seledynowa, błękitna, czysta i przejrzysta, zachęcajaca do kąpieli. Spędziliśmy tam ponad 3 godziny, pływając, skacząc z miniwodospadów, siedząc na skałach, czytając, opalając się i ogólnie relaksując. Po takim dniu piwo smakuje doskonale! Zwłaszcza z ręcznie robioną czekoladą, która sprzedały nam po drodze 5-letnie dzieciaki. Kupiliśmy mleczną i z goździkami i kardamonem. Pycha!!



Magiczny dom Indian


Tikal, 21.11.2009



Piramidy ukryte w gęstej zielonej dżungli. Małpy wrzeszczące w koronach drzew. Kolorowe papugi i tukany goniące się wesoło o poranku. O 6:00 rano Tikal budzi się do życia, zwiedzających jest jeszcze bardzo mało. Dżungla powoli odsłania swoje tajemnice. Ponad godzinę siedzieliśmy na najwyższej piramidzie i nikt się nie zbliżył, nawet nie pojawił się na horyzoncie. Małpy wywarły na nas piorunujące wrażenie. Nie widzieliśmy drapieżnikow, ale wyobrażamy sobie jak świetny to dom dla pum i jaguarów. Oszałamiajace, magiczne, piękne miejsce...



Reagee, rum i totalny luz


San Pedro, 26.11.2009



Belize jest bardzo karaibskie. Pobrzmiewa reagee, dużo tu dredów i panuje ogólny luz. Ludzie są przemili, zawsze widza turystę-człowieka, a nie turystę-worek pieniędzy, bardzo to inne od naszych gwatemalskich doświadczeń. Tu mijany na ulicy czy plaży miejscowy życzy miłego wieczoru, a sprzedający swoje wyroby rastafarianin uśmiecha się do ciebie szeroko nawet jeśli nie masz zamiaru niczego od niego kupić. Jedzenie jest tu bardzo pikantne, smaczne, a rum leje się strumieniami. Tropikalne ulewy są krótkie i bardzo intensywne, słońca jest mnóstwo, ale palmy dają cień, okres wegetacyjny trwa okrągły rok - w sumie nic dziwnego, ze tutejsi ludzie są tak życzliwi :)

Wybraliśmy się na całodniowa wyprawę łódkową na na Bacalaar Chico Island. Nurkowanie jest tu piekielnie drogie, wiec tylko z maska i płetwami popływaliśmy, ale i tak widzieliśmy mnóstwo kolorowych rybek, manty, w tym jedna naprawdę wielką, puffer fish (w domu sprawdzimy co to), też spory stwór, ciekawie nam się przyglądający. Rafa koralowa naprawdę cudna jest w tym miejscu. W każdym innym pewnie też… A na koniec niespodzianka - udało nam się wypatrzeć stadko delfinów, wesoło przeskakujących przez fale, a później tuz przy naszej łodzi pojawił się manat, krowa morska, przedziwne stworzenie, a żyje podobno nawet 80 lat…

Delfiny, żółwie i Uczynny Dziadunio


Isla Mujeres, 29.11.2009



Isla Mujeres miała być spokojną, niemal bezludną alternatywa dla Cancun. Przypłynęliśmy promem późnym popołudniem i… zaskoczył nas tłum ludzi w okolicach przystani. Ale powiedziało się a, trzeba było powiedzieć b. Znalezienie hotelu okazało się zadaniem niełatwym - wszystkie były nieciekawie położone, a te z dobra lokalizacja miały ceny z kosmosu. Pomocna dłoń podał nam Uczynny Dziadunio, autochton wyglądający na lekkiego oszołoma, trzymający w garści kilka ulotek. Zapytał ile możemy zapłacić i zaprowadził nas najpierw do jednego hotelu (nie spodobał nam się), a później do następnego, położonego dużo dalej. Po drodze zdążył opowiedzieć nam historię swojego życia. Hotel okazał się bardzo ładny, położony na samej plaży, więc Uczynny Dziadunio zasłużył na napiwek. Jakże się ucieszył! Opowiedział nam jeszcze kilka anegdotek i kazał koniecznie odwiedzić delfinarium. Zatem jednego dnia wypożyczyliśmy rowery i wybyliśmy oglądać delfiny. Na Isla Mujeres znajduje się największe na świecie delfinarium zlokalizowane w naturalnym dla delfinów środowisku. Weszliśmy, zobaczyliśmy co jest grane i przepadliśmy :)

Najpierw pokazano nam film instruktażowy jak porozumiewać się z delfinami, jakie są zasady bezpieczeństwa, gdzie można, a gdzie nie wolno dotykać delfinów. Później weszliśmy do morza i zabawa się rozpoczęła. Poznaliśmy dwa delfiny - Da Vinci i Chal, które przez godzinę towarzyszyły nam w igraszkach. Najpierw grzecznie sie przywitaliśmy - położyliśmy dłonie płasko na wodzie, a delfiny przepłynęły pod nimi, dając się pogłaskać. Następnie położyliśmy dloń na dłoni, by otrzymać po buziaku - zwierzaki “cmoknęły” nas w każdy policzek i usta, piękne uczucie :) Teraz nadszedł czas na uścisk dłoni, na umówiony sygnał delfin podpływał, ustawiał się pionowo i wystawiał pletwy do uściśnięcia. A po chwili ustawiliśmy się w wodzie do przejażdżki (właściwie “przepływki” ;)) Delfiny podpłynęły, łapaliśmy za ich płetwy grzbietowe i zostaliśmy pociagnieci kilkanaście metrów, wesoło przeskakując przez fale. Najbardziej emocjonującym zadaniem okazało się ułożenie na wodzie w pozycji Supermena z palcami stop skierowanymi maksymalnie w dół. Delfiny podpływały od tylu i na nosach wyniosły nas wysoko, wysoko ponad powierzchnię wody. Zdziwiła nas siła tych zwierząt, wyglądają przecież na takie delikatne. Olbrzymie przeżycie! Później została nam jeszcze chwila na tańczenie z delfinami, skoki delfinów, przytulanie się do delfinów i… czas mija zdecydowanie zbyt szybko! Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, delfiny nas zaczarowały. Są piekielnie inteligentne, szalenie wesołe i bardzo skłonne do zabawy. Wszystkie ich zachowania w tymże delfinarium wzorowane są na ich naturalnych odruchach, zwierzęta nie są sztucznie tresowane do zabawy z ludźmi. Te ich przymrużone oczy, uśmiechnięte pyszczki, mięciutka skóra… Przeżylismy naprawdę wspaniały dzień, jeden z takich, które trafiają się raz w życiu.

A wracając zahaczyliśmy o farmę żółwiową - miejsce gdzie ratuje się małe żółwiki. Żółwice zostawiają jaja na plażach Isla Mujeres i odpływają, zostawiając jaja na pastwę drapieżników. Wolontariusze wykopują te jaja i zakopują je na farmie w bezpiecznym miejscu, a dołek opisany jest dokładnie - data złożenia jaj i lokalizacja. Gdy żółwiki się wyklują, na kilka dni umieszczane są w basenie w celu aklimatyzacji, a później transportowane w dokładnie to samo miejsce, gdzie ich matka złożyła jaja. Kilku zapaleńców zainicjowało fantastyczną działalność, która pomaga chronić populację żółwi na świecie.

Szalony rajd, Indianie i Najświętsza Panienka z Gwadelupy


Ciudad de Mexico, 1.12.2009


Cel: dotarcie na przedstawienie Cirque du Soleil, na które bilety zostały wyprzedane dawno, dawno temu.

Czas akcji: niedzielny wieczór.

Miejsce akcji: stolica Meksyku.

Akcja: lot z Cancun do Meksyku opóźniony. Bagaże pojawiają się po 40 minutach od przylotu, na szczęście choć raz nasze wyjeżdżają na początku. Jest 20:00, przedstawienie zaczyna się, wg wieści z Internetu, o 21:00. Lecimy oddać duże plecaki do lotniskowej przechowalni bagażu, pędzimy na taksówkę. Musimy dotrzeć dokładnie na drugi koniec tego olbrzymiego miasta w mniej niż 50 minut. Mówimy kierowcy, że bardzo nam zależy, że musimy, że prosimy. Chłopak daje z siebie wszystko, gna tak, że aż się zastanawiamy czy nie przesadziliśmy. Udaje się, dojeżdżamy na miejsce w 40 minut. I co się okazuje? Że przedstawienia tego dnia były o 13:00 i 17:00, nie ma żadnego o 21:00… Internet kłamie :/ A byliśmy tak blisko… Ale przynajmniej mamy motywacje i będziemy ścigać Cirque du Soleil w Europie.

Zobaczcie, że warto: Cirque du Soleil

Poniedziałek spędziliśmy poznając kolejną po Inkach w Peru, Aztekach w Meksyku i Majach w Gwatemali kulturę Indian. Teotihuacan znane jest z dwóch olbrzymich piramid, Słońca i Księżyca i prawdopodobnie była to stolica największego w Meksyku imperium sprzed konkwistadorów. Piramidy robią wrażenie swoją wielkoącią, można na nie wejść, ale na nas większe wrażenie zrobił położony w dzungli Tikal niż te ruiny zlokalizowane na niczym nieosłoniętej równinie z tłumem ludzi i sprzedawców.

Po drodze do Teotihuacan zatrzymaliśmy się przy bazylice Naszej Pani z Gwadelupy, jest to podobno drugie po Watykanie miejsce pielgrzymowania na świecie. Tutaj w 1531 roku nawróconemu Indianinowi cztery dni z rzędu (9, 10, 11 i 12 grudnia) ukazywała się Maryja, która kazała mu iść do biskupa i powiedzieć, że życzy sobie, by w tym miejscu wybudować świątynię. Biskup mu nie uwierzył, mówiąc, że prędzej Maryja ukazałaby się jemu, biskupowi, a nie świeżo ochrzczonemu tubylcowi. Ale czwartego dnia Maryja sprawiła, że Jej wizerunek ukazał się na ubraniu Indianina i biskup uwierzył.

Obecnie bazyliki są dwie, stara, zapadająca się (Meksyk niemal w całości zbudowany jest na zasypanym jeziorze) i nowa, w której wisi święty obraz i w ktorej codziennie o 6 rano do 20:00 co godzinę odprawiane są msze. To co nas zaskoczyło to zupełnie inne podejście Meksykanów do religii. Katolicyzm ten sam, co w Polsce, ale u nas jest on taki melancholijny, nawet smutny, a tu kiczowate kolory i głośna muzyka (głównie oczywiście mariachi) sprawia, że ma się wrażenie, że w kościele trwa nieustanna impreza.

Dziś już kończymy naszą przygodę z Ameryką Łacińską. Za chwilę idziemy na jakieś ostatnie zakupy, a za 10 godzin wsiadamy w samolot i wracamy do domu. Zbyt szybko minęło…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz