2007 Malezja

Miasto kotów


Kuching, 12.08.2007



Wczoraj po 32. godzinach podróży dotarliśmy do Kuching. Podróż do najkrótszych nie należała, ale zaskoczyło nas bardzo lotnisko w Singapurze - bezpłatny internet, automaty do masażu stop (po tylu godzinach w samolocie to wręcz dzika przyjemność :)), ale najfajniejsza rzecz na tym olbrzymim lotnisku to ogrody. W kilku miejscach rozmieszczone są oazy zieleni ze stawkami i pływajacymi w nich rybami:) Bardzo przyjemne miejsce.

A teraz Kuching - nazwa ta oznacza kota I kotów rzeczywiście jest tu mnóstwo, tych wałęsających się po ulicach, ale też kocich pomników, muzeów, koszulek, kubków, pierścionków i mnóstwa innych gadżetów. Malezja przywitała nas tak jak się spodziewaliśmy - jest gorąco, wilgotno I lepko, po prostu cudownie...
Dziś pojechaliśmy do Parku Narodowego Bako, na spotkanie różnych stworów. Po godzinnej jeździe rozklekotanym do granic autobusem (Azja!!!) wsiedliśmy na małą motorówkę, a później już na własnych nóżkach złaziliśmy 10 km przez góry, plaże, lasy mangrowe. Widzeliśmy z daleka długonose małpy proboscis (nosacze sundajskie), ale odległość wynagrodziło nam późniejsze bardzo bliskie spotkanie z makakami, które wyrażały duże zainteresowanie zawartością naszych plecaków :) Była ich cala rodzina, nawet takie zupełne maleństwo, ktore po chwili obserwowania nas wczepiło się w brzuch mamy i stamtąd dalej z ciekawością na nas zerkało. Widziałam też wielka jaszczurę. Najbardziej irytowało mnie to, że roślinki, które w domu z takim uczuciem pielęgnuję i jakoś nie chcą rosnać tu wystepują wszędzie jak chwasty, dorodne, błyszczace i kwitnące, mimo że nikt o nie nie dba. Wrr... Byliśmy też na trzech pięknych tropikalnych plażach, ale palm nie było, więc będę jeszcze szukać :)

Jutro w planach podróż do Kota Kinabalu, a stamtąd wypady do żółwi, na rafe koralowa, orangutany...

Aha, kulturowy tygiel tu jest - są kobiety w czadorach, są takie ubrane po europejsku, ale z zakrytymi głowami, a reszta ubrana jak my. Są też wszystkie rasy i narodowosci - Europejczycy jako turyści oczywiście, ale jest tu spora mniejszość hinduska, chińska też. Są meczety, ale też pomniki Buddy. I wszyscy
żyją w zgodzie. Fajnie tu jest :)

In the jungle...


Semporna, 17.08.2007



Przeżyliśmy trzy dni w dżungli - dotarliśmy tam po jednym dniu "leżakowania" na plaży. Bielutki piaseczek, cieple lazurowe morze i palmy, wspaniały wypoczynek, ale... po jednym dniu już nam się nudziło i gnało nas
dalej :) W związku z czym wsiedliśmy w autobus by po 6 godzinach przesiąść się w dżipa, a później na motorówkę. Dotarliśmy do małego ośrodka w środku dżungli. Podczas tych trzech dni byliśmy na czterech rejsach łodzią po rzece, widzieliśmy cale stadka małp - makaki długoogoniaste i świniogoniaste (ciekawe czy tak się nazywają po polsku...), kłóciły się ze sobą aż gałęzie spadały, niektóre pozowały do zdjęć ciekawie nam się przyglądając. Były też spotkane już wcześniej nosacze, krokodyle wygrzewające się na brzegu, liczne piękne ptaki, których nazwy nic nam nie mówią i czarno-żółty wąż. Włoscy idioci z sasiedniej łódki złapali go za ogon i zaczęli nim machać, a ich przewodnicy tylko się z tego śmiali... Cóż, nawet w dżungli Borneo trafiają się kretyni... No wiec nie wytrzymałam i wdałam się z nimi w dyskusję. W końcu
wypuścili tego biedaka. Kiedy już odpłynęlismy, dwie dziewczyny z naszej ekipy poklepały mnie po ramieniu i powiedziały, ze miałam rację. Ale kiedy trzeba było tupać to siedziały cicho...

W drodze powrotnej złapała nas tropikalna ulewa - w ciągu kilku minut przemokliśmy doszczętnie, a deszcz zacinał z siłą małego gradu. Ale jakie to było orzeźwiające! :)

Podczas nocnych spacerów nie widzieliśmy nic dużego - śpiące na gałęziach ptaki, zielone i brązowe jaszczurki, kolorowe żabki, patyczaki. Nocnym przebojem okazały się nietoperze zwisające z gałęzi głową w dół, brudne, ohydne, z pyskami jak z kreskówki :) Później pojawił się skorpion, nasz przewodnik wziął
go na rękę, powiedział, ze jeśli nie chwyta się go od góry to on nic nie zrobi i zapytał kto chce spróbowac. Nie mogłam przegapić takiej okazji... Był sztywny i wlochaty. Łukasz się ze mnie śmieje, że ja to wszytkiego muszę dotknąć... ;)
Żałujemy, że nie widzieliśmy gibonów, ale podobno są nieśmiałe i trudno je zobaczyć. Pocieszeniem jest to, że udało się je usłyszeć :)

a teraz znów jesteśmy nad morzem, Morze Celebes, na zupełnym wschodzie Borneo. Jutro zaczynam kurs nurkowania, a Łukasz regularne nurkowanie. Podwodny świat czeka!

W pogoni za żółwiem...


Semporna, 20.08.2007



Już po nurkowaniu :) W pierwszy dzień była teoria - gruntowna powtórka z angielskiego (specjalistyczne słownictwo!), a także z matematyki, fizyki, chemii i biologii. Jakie to dziwne ile jednak w głowie zostaje szkolnych wiadomości :)
Wczoraj pierwsze nurkowanie było "ćwiczebne" - ściąganie pod woda maski i zakładanie jej z powrotem, , wspólne z kimś oddychanie itp. Dziś tez chwilę ćwiczyliśmy. I niestety przy ściąganiu maski a
później wydmuchiwaniu z niej wody przy zakładaniu woda naleciała mi do nosa i spanikowałam - popłynęłam na powierzchnię, czego NIE WOLNO robić. Tam dorwał mnie Neil, instruktor, powiedział co o tym myśli, ja doszłam do siebie i wróciłam na dół. Ćwiczenie niestety musiałam zrobić jeszcze raz, ale na szczęście tym razem się udało. Straszne to uczucie - woda w nosie i wrażenie, że nie możesz oddychać...
Ale nurkowania "właściwe", dwa wczoraj i dwa dziś, to była po prostu bajka. Widzieliśmy chyba wszystkie stwory z "Gdzie jest Nemo?", pływające dosłownie obok nas, nad nami przepływały ławice ryb, czasem wpływaliśmy w jakąś większą grupkę. Oczywiście największą frajdę sprawiły nam żółwie. Po to tu przyjechaliśmy i jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani. Wczoraj widzieliśmy kilka z daleka, a dziś... Podpłynęliśmy bardzo blisko takiego wielkoluda, on sobie odpoczywał, a każdy po kolei (z instruktorem była nas szóstka) zaglądał mu w oczy. Wrażenie niesamowite! Później widzieliśmy jeszcze jednego, mniejszego,
majestatycznie przepłynął tuż pode mną i pod Łukaszem. Chociaż z tym "tuż" to może być różnie - pod wodą wszystko wydaje się większe i bliższe i nasz instruktor twierdził, ze jak ktoś mówi, ze widział taaaaaaaakiego rekina tuż przy nim to pewnie rekin miał 10 cm i był jakieś 10 m od niego :))
Właśnie przed chwilą dostałam tymczasowy certyfikat PADI, normalny przyjdzie pocztą do domu. Od dziś dumnie zwę się nurkiem :))

Jutro o 7 rano wsiadamy w autobus do Kota Kinabalu (10 godzin, ufff...), a stamtąd już prosto do Bandar Seri Begawan, stolicy Brunei, zobaczymy co słychać w państwie mlekiem i modem płynącym.

A teraz idziemy na kolację - pewnie znów warzywa, kurczak, ryba albo krewetki z ryżem. Od tego ryżu to już chyba oczy nam się skośne robią... Alternatywa dla ryżu jest makaron... ryżowy... Na szczęście wszystko jest bardzo, bardzo smaczne. Zostałam fanka soku arbuzowego, piję go codziennie, mniam!

Meczety, nietoperze i bardzo drogie piwo


Batu Niah, 24.08.2007


Wczoraj opuściliśmy Brunei po zaledwie 20-godzinnym pobycie w tym maleńkim kraju. I właściwie wszystko co było do zobaczenia widzieliśmy... W Bandar Seri Begawan pierwszy raz w życiu byliśmy w meczecie - Omar Ali Saifuddien. Przed wejściem oczywiście trzeba zdjąc buty, wewnątrz dali nam do założenia czarną
sukmanę do ziemi, kształtem przypominała kitel. Nie-muzułmanie mogą zwiedzać meczet tylko w wyznaczone dni i godziny, nie mogą tez chodzić po całym obiekcie, a jedynie po czerwonym dywanie ułożonym w kształcie litery T. Cala świątynia wyłożona jest zielonymi dywanami, nie ma krzeseł, jest coś podobnego do ambony, sufit bogato zdobiony w złocie, po bokach antyczne zegary i szerokie szafy z tomami Koranu wewnątrz. Meczet otoczony jest pięknym ogrodem z fontannami, stawami, bogata roślinnością, całość zadbana, ciekawe miejsce.
Kolacje jedliśmy w knajpce nad rzeką, z widokiem na Kampung Ayer, dzielnicę zbudowana na palach na rzece, z jednym tylko małym mostkiem łączącym ze stałym lądem. Po rzece w każdym kierunku śmigają water taxi - małe motorówki, które za niewielką opłatą mogą dowieźć w dowolne miejsce. Byle nad woda oczywiście :)
Wczoraj rano taka wlaśnie taksówką popłynęliśmy obejrzeć tę dzielnicę. Tak jak całe BSB jest bardzo czyste, zadbane i puste (zupełnie nie azjatyckie!), tak tu jest ubożuchno, po rzece pływa pełno śmieci. Nasz "taksówkarz" miał na imię Arian i widać było po nim, ze jest b. szczęśliwym człowiekiem, lubiącym swój malutki kraj, sułtana i piłkę nożną. Kiedy powiedzieliśmy, ze jesteśmy z Polski, oznajmił: "Poland? Aaaaa... Dudek! Przeszedł do Realu Madryt! Ale na mistrzostwach świata to wam nie poszło..." Cóż, reprezentacja
Brunei na pewno ma się świetnie... :) Z water taxi pokazał nam swój dom i powiedział, ze mieszka w nim z żona i... jedenastką dzieci, 10. chłopców i dziewczynka. Dwunaste w drodze. Z dumą oświadczył, że wszystkie są z jedną kobietą i  cztery razy mieli bliźnięta...
Po tej przejażdżce wyruszyliśmy w drogę z powrotem do Malezji - 150 km jakie dzieli BSB i Miri pokonywaliśmy sprawnie przez 4 godziny, 4 razy zmieniając autobus i raz płynąc łódką. Wszystko na jednym bilecie. Śmialiśmy się, że dobrze, że z tymi plecakami nie wpakowali nas na słonia :) Miri nie bylo zbyt piekne, więc dziś raniutko dotarliśmy do Batu Niah, blisko stąd są  fantastyczne jaskinie.
Po 6-kilometrowym spacerze dotarlismy do nich, pierwsza była Trader Cave, Jaskinia Kupców, już zapowiadająca, że będzie ciekawie. Była duża, z mnóstwem stalaktytów i stalagmitów. Ale to było tylko preludium do tego co miało nastąpić za chwilę. Dotarliśmy do Great Cave. Jest to jedna z największych jaskiń na świecie - jej szerokość na wejściu to 250 m, a wysokość w najwyższym miejscu to 60 m. Absolutnie imponujace dzieło natury! Jaskinia ta jest domem dla 500 000 nietoperzy i niemal 4 milionów ptaków, chyba jerzyków (po ang. swiftlets). Wewnątrz jaskini ciemno, duszno i setki schodow w górę i w dół  do pokonania. Umęczyliśmy się jak dzikie świnki i upociliśmy jak szczurki, ale warto bylo :)
Dotarliśmy do kolejnej jaskini, zwanej Painted Cave z malowidłami naskalnymi sprzed 40 000 lat! W 1958 roku znaleziono tam czółna ze szkieletami ludzi żyjacych tam te 40 tys. lat temu. Rysunki są bardzo wyraźne - jest tańcząca kobieta, mężczyzna w czółnie, liczne zwierzeta... Naprawdę coś niesamowitego!

A później już "tylko" 8 km drogi powrotnej. Oczywiście jak szliśmy przez otwarty teren musiało zacząć lać. Jako że nie było gdzie się schować, zmoczyło nas kompletnie. Gdy dotarliśmy do hotelu, dosłownie z nas kapało. Ale po kąpieli doszliśmy do siebie i pod parasolem pożyczonym od właściciela hotelu dotarliśmy do kafejki internetowej, a za  chwilę pójdziemy na kolacje i pewnie piwo, które w Malezji jest koszmarnie drogie. Ale przynajmniej jest, bo w Brunei nie sprzedają alkoholu w ogóle. Za narkotyki w  obu krajach grozi kara śmierci, nic więc dziwnego, że palą tu jak nakręceni. Tylko to im zostalo :)
Z doznań kulinarnych: bardzo zasmakowały nam rambutany - czerwone włochate i z miękkimi kolcami owoce, które wewnątrz mają delikatny i słodki miąższ. A wczoraj  na  śniadanie jedliśmy samosy - indyjskie pierożki nadziewane warzywami, pyszne!

To tyle na teraz wieści z Azji Południowo-Wschodniej, naprawdę jest tu wspaniale!

Leśni ludzie


Kuching, 29.08.2007



Po Batu Niah postanowiliśmy trochę odsapnąć i pojechaliśmy do Park Narodowego Similajau na północy Borneo, nad Morzem Południowochińskim. Oaza spokoju - zaciszny domek w lesie położonym nad samym morzem, spokoj, brak ludzi, jakże to było inne od azjatyckiego zgiełku, gwaru i pośpiechu! Zregenerowaliśmy siły przez te dwa dni, poszliśmy na długi spacer do plaży gdzie żółwie składają jaja. Żadnego niestety nie udało nam sie ujrzeć. Ale za to widzieliśmy na środku ścieżki wielka jaszczurkę siedzącą na jajach :) Gdy po powrocie opowiedzieliśmy o tym pracownikowi parku, prosił byśmy pokazali mu zdjęcia, a po ich obejrzeniu powiedział, ze mieliśmy niezwykłe wprost szczęście, bo normalnie gad ten składa jaja na drzewach, a my widzieliśmy jaja w ziemi. Dla ludzi, którzy chcieli żółwie zobaczyć to rzeczywiście taka jaszczura to szczęście wprost nie do ogarnięcia, naprawdę... ;)

A teraz znów jesteśmy w Kuching, powoli wracamy do domu. Dziś wybraliśmy się 32 km na południe od miasta do Semenggoh Wildlife Centre. Jest to taki ośrodek, który opiekuje się dzikimi orangutanami (orang uthan to malajski zwrot oznaczający leśnego człowieka), zwłaszcza w sezonie gdy w dżungli nie ma zbyt wielu owoców dokarmiając je dwa razy dziennie. No i właśnie na to karmienie chcieliśmy popatrzeć. Pracownicy centrum rzucają owoce na drewniana platformę i odchodzą. Po dłuższym czasie pojawiają się orangutany. Widzieliśmy ich przynajmniej 5, w tym dwa maluchy i jednego olbrzymiego samca. Skacząc po drzewach bardzo się do nas zbliżały, czasem nawet na mniej niż 5 metrów. Niezwykle zwinne stworzenia!
Olbrzym siedział niewzruszony i pożerał owoce, a reszta skakała dookoła. Maluchy były niesamowicie zabawne. Tak więc po dzisiejszym dniu jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani jeśli chodzi o małpy :) Borneo to małpi gaj - widzieliśmy makaki, nosacze, słyszeliśmy gibbony, a dziś te orangutany jako ukoronowanie pobytu w Malezji :)
Gdy zebraliśmy się do powrotu okazało się, ze ostatni autobus do Kuching odjechał 1,5 h wcześniej. Musieliśmy zatem poczekać na kursujące dość regularnie minibusy, takie prywatne autobusy, które jednakże jeżdżą jak chcą. Usiedliśmy zatem na przystanku i czekaliśmy. Po mniej więcej 20. minutach zatrzymało się przy nas auto osobowe i uśmiechnięty Chińczyk zapytał czy chcemy do Kuching, bo on nas może zawieźć. No to tradycyjnie pytamy za ile. A on na to, ze nic nie chce. I rzeczywiście za darmo zawiózł nas do centrum, opowiadając po drodze o swoim życiu. I tacy tu właśnie są ludzie - uśmiechnięci, życzliwi, bezinteresownie pomocni, naprawdę wspaniali.

Jutro jedziemy do parku etnograficznego, w piątek jest tu święto narodowe (50 lat niepodległości Malezji!!), w sobotę rano lecimy na jeden dzień do Singapuru, a w niedzielę już niemal prosto do domu.

Galeria


[gallery]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz