2006 Botswana / Namibia

Na granicy


Francistown, sierpień 2006




Od wczoraj jesteśmy we Francistown, drugim co do wielkości mieście Botswany - ma ok. 90 000 mieszkańców i po godzinie 18 (jak robi się ciemno) wyludnia się zupełnie. Za to zaczyna żyć bladym świtem i normalnym ludziom nie daje spać :)

W Johannesburgu spędziliśmy noc i kawałek dnia, kupiliśmy bilety na autobus do Gaborone w absolutnie fantastycznym centrum handlowym (St. Browar może się schować!), zjedliśmy pyszna pizzę w Nescafe Cafe i obejrzeliśmy przedstawienie uliczne - kilku facetów tworzyło żywą piramidę, krzyczeli, a później jeden z nich zabawiał się płonącą pochodnią. Jeździł nią sobie po gołym ciele, a nawet, ku wielkiej radości siedzących na chodniku dzieciaków wsadził ją sobie (płonacą!) w gatki :))

O 14ej z minutami wsiedliśmy w autobus, w którym mieliśmy spędzić 6 godzin. Mieliśmy, bo na granicy z Botswaną zacząła się przygoda - pan pogranicznik poinformował nas ze potrzebujemy wizy, ale właściwie on nam jej nie może wydać, a na pewno nie możemy zapłacić w dolarach. Wieczór, ciemno, autobus czeka... Pognałam do kierowcy, by nam nie odjechali, a Łukasz wyruszył na poszukiwania kantoru - musiał się cofnąć na teren RPA. Po dłuższej chwili obsługa autobusu powiedziała mi, że nie mogą już na nas dłużej czekać, ale obiecali, że po nas wrócą przed zamkięciem granicy. Bosko... Zabrałam nasze plecaki i poszłam w umówione z Łukaszem miejsce, gdzie czekałam i czekałam i już miałam dość, bo wyobraźnia zaczęła mi pracować. No ale Lukasz wrócił w końcu z lokalną walutą, więc udaliśmy się ponownie do pana pogranicznika, który powiedział, że da nam wizę ale 1-krotnego wjazdu, bo wielokrotnych nie może bla bla bla. Jako ze 1 wiza kosztuje 100 dolarów a my bardzo chcemy pojechać do Zimbabwe i wrócić do Botswany, zagraliśmy mu na uczuciach - ze nie mamy kasy, a tak bardzo chcemy zobaczyć Vic Falls i wrócic do Botswany, bo to taki piękny kraj... Pan gdzieś poszedł, wrocił z potężną kobietą i po dłuższej chwili dostaliśmy wizy wielokrotnego wjazdu :)))
Poszliśmy za bramkę graniczną i czekaliśmy na panią z obsługi autobusu. Po chwili celnik podszedł do nas i dal nam swoja komórkę - Lukasz odebrał i uslyszał "let me talk to a lady!" Wzięłam tę sluchawkę i pani mi powiedziala, ze już po nas jadą. Jacy mili! Po chwili rzeczywiście przyjechali, ale w aucie miejsca tylko 2, dla niej i kierowcy, więc do Botswany wjechaliśmy na pace, co przy panujacej tu wieczorem temperaturze bylo... takie sobie :)) W Gaborone (stolica, taka duza wioska :)) wynajęliśmy autko i tak sobie przejechalismy te 450 km do Francistown. Dziś w planach Nata, rezerwat ptaków, a później już Kasane z największą na świecie populacją słoni.

Mierząc się z Matką Naturą


Victoria Falls, sierpień 2006




Pokonałam potwora!!! I odkryłam w sobie skłonności samobójcze ;) No bo jak inaczej nazwać to ze schodzę stromym zejściem na dno 100-metrowego wąwozu, wsiadam w ponton, który będzie płynął po wściekłej rzece pełnej krokodyli, raz wypadam i się podtapiam (na szczęście tylko raz!), a później jeszcze wdrapuję się na szczyt tego 100-metrowego wąwozu??? I jeszcze znajduję w tym przyjemność! Ten próg, na którym wylecieliśmy (wszyscy, przewodnicy też!) to rapid number 7, zwany też Guide's Nightmare lub Nyami Nyami's Playground. Nyami Nyami to taki tutejszy duch, który właściwie jest dobry, ale czasem rogaty i lubi dać popalić. Oj, działo się. Wyleciałam, wpadłam pod wodę, wypłynęłam, pacnęłam głowa w dno pontonu, poniosła mnie gdzieś ta wściekła woda, zgubiłam buty i gumkę do włosów, ale soczewki zostaly. Czyli ok :) A buty i tak były przeznaczone na stracenie! Rafting na rzece Zambezi wyzwala przeróżne emocje: strach, euforię, wsciekłość, radość. A na koniec jaka byłam dumna, że się udało, że żyję, że nic mi nie jest i udało się pokonać własne słabości!

To bylo wczoraj. A wczesniej?
We wtorek z Francistown przejechaliśmy do Kasane, do Parku Narodowego Chobe. Po drodze afrykańskim zwyczajem byliśmy zatrzymywani, by na brudnej szmacie zdezynfekować koła auta i nasze buty (wszystkie, te w bagażniku też). Na pewno w ten sposób zabija się wszelkie zarazki...
U nas przy drodze ciężko nawet sarnę spotkać, a tu pojawiają się małpy w olbrzymiej ilości, a nawet... słonie! Za pierwszym razem wywarło to na nas niezatarte wrażenie!
W parku tak samo: pierwszy słon budzi sensację, drugi też, ale przy 15. myślisz: nudne te słonie, może trafi się coś ciekawszego? W parku wykupiliśmy dwie atrakcje, jazdę dżipem rano i łódź popołudniu. Widzieliśmy słonie, żyrafy, pawiany, antylopy różnych gatunków, guźce (wiecie, Pumba z Króla Lwa ;)), hipcie baraszkujące w błocie, krokodyle wylegujące się na brzegu...

Stamtąd udaliśmy się 12 km do granicy z Zimbabwe, gdzie zapłaciliśmy po 30 dolarów za wizy, 20 za auto, a kiedy myśleliśmy, że wszystko już ok, wyszedł jakiś magik z budki celnej I zapytał o ubezpieczenie.  Powiedzieliśmy, że mamy i na nas, i na auyo, ale drążył temat, szukał różnych ubezpieczeń (wszystkie mieliśmy), a w końcu zapytał czy mamy ubezpieczenie na wypadek gdybyśmy chcieli sprzedać auto w Zimbabwe. Nie, nie mieliśmy, więc z uśmiechem skasował kolejne 20 USD. Afryka... W Vic Falls zatrzymaliśmy się na campingu wyczytanym w Lonely Planet - trochę brzydactwo, ale ma atmosterę.

Tego samego dnia poszliśmy zobaczyć wodospady Wiktorii - imponujące, majestatyczne I wspaniałe. Widząc coś takiego, nabiera się wielkiej pokory dla Matki Natury. I człowiek czuje się taki malutki...

Dziś już opuszczamy Zimbabwe, wracamy do Botswany, kierując sie do Maun, do delty rzeki Okawango. Pojawił się też w naszych głowach pomysł, aby później skoczyć do Namibii, rozważamy go :)

A z tutejszych atrakcji jest jeszcze bungee jumping, ale już sama nie wiem czy się skusić. Po raftingu dość wrażen i w końcu bardzo lubię swoje życie i nie chcę się z nim rozstawać, ale z drugiej strony mam do końca życia żałować, że nie spróbowałam? Jest chwilka przed 9:00, mam jakies dwie godziny na decyzję...

Unikatowa Delta Okavango


Windhoek, sierpień 2006


Nie skoczyłam na bungee. I jak na razie nie żaluję. Stanęłam na moście, z którego się skacze, spojrzałam w dół na tę wściekłą rzekę, uslyszałam wrzaski ludzi, ktorzy się na to zdecydowali i stwierdziłam, że nie jest mi to do niczego potrzebne. No stchórzyłam po prostu:)) Może jeszcze kiedyś spróbuję...

Z Vic Falls pojechliśmy prosto do Maun, w delcie rzeki Okavango. To rzeka, która źródła ma w Angoli, ale nigdy nie dociera do morza, rozlewając się w Botswanie i intensywnie parując. Jedyny taki ekosystem. Po drodze trafiły nam się oprócz standardowych już osiołków, kóz i małp także dwa imponujące strusie. Wspaniałe! W Maun zatrzymaliśmy się w Okavango River Lodge, bardzo sympatycznym miejscu prowadzonym przez dwóch zwariowanych Brytyjczyków, którzy, jak sami powiedzieli, wylądowali w Botswanie, bo w życiu im nie wyszło. Wykupiliśmy tam 2-dniową wycieczkę mokoro. Mokoro to takie wyżłobione w drewnie łódeczki, w których trzeba siedzieć sztywno jak mumia, żeby się woda nie wlewała. A i tak sie wlewa :(
Nasz przewodnik po angielsku znał tylko kilka słów, więc komunikacja była utrudniona, ale wystarczająca do wytłumaczenia nam jak należy uciekać przed sloniem :)) Zabrał nas na dwa dłuuuugie spacery po sawannie, podeszliśmy naprawdę blisko słoni, widzieliśmy zebry (pierwszy raz - fantastyczne zwierzaki!), antylopy gnu i sprinbok, orła rybołowa, a nawet dwa szakale. Noc w namiocie z dala od cywilizacji, ognisko,
rozgwieżdżone niebo i te nocne odgłosy... Niezapomniane przeżycie! A dziś rano opuściliśmy nasze sympatyczne lokum i przejechalismy ok. 800 km do Windhoek, stolicy Namibii. Po drodze minęliśmy tylko dwa większe miasta - Ghanzi (Botswana) i Gobabis (Namibia) oraz przejcie graniczne. A tak tylko przestrzeń, olbrzymia afrykańska przestrzeń! Windhoek ma 290 tys. mieszkańców i jest naprawdę wielkomiejskie - ma latarnie, światła na skrzyżowaniach, chodniki, a przy ulicach nie wałęsają się głodne kozy i osły. Zostajemy tu do jutra rana, a później ruszamy do Swakopmund, nad ocean. Może wreszcie odpoczniemy, bo cały czas fundujemy sobie olbrzymi wysiłek :)) Namibia to bardzo sympatyczny kraj (na granicy nie było ŻADNYCH problemów!!!) i chętnie tu trochę zabawimy.

Oko w oko z gepardem


Windhoek, sierpień 2006




Znów jesteśmy w Windhoek, po 6-dniowym eksplorowaniu Namibii. Bardzo to spokojny i przyjazny kraj :)
A działo się to:
1) w czwartek szukaliśmy rysunków naskalnych w górach Spitzkoppe
2) w piątek zwiedzaliśmy Aquarium w Swakopmund, gdzie mają m.in. fantastycznego żółwia, a później     wariowaliśmy quadami po pustyni Namib
3) w sobotę odwiedziliśmy kolonię fok w Cape Cross - jest ich tam ponad 200 000!!!
4) w niedzielę gościliśmy u plemienia Himba, które żyje tradycyjnie jak 100, 200 i 300 lat temu - kobiety mają tylko przepaski biodrowe, dzieciaki biegają nago, nie mają wody, elektryczności itd. Toaleta zajmuje im codziennie 3 godziny, od 4 rano, jedna godzina to sauna, druga - pranie (bez wody), trzecia - makijaż, czyli pokrywanie ciała i włosów ochrą. Mieszane uczucia to w nas wywołało - z jednej strony świetnie, że mogliśmy to zobaczyć, ale z drugiej... Jest XXI wiek, a trzymają ich tam trochę w takim rezerwacie, dzieci
za bardzo nie chcą do szkół posyłać, bo później już nie wracają jak poznają inne życie...

Tego samego dnia wieczorem mieliśmy jeszcze jedną fajną przygodę, a mianowicie bawiliśmy się  z domowymi i pojechaliśmy oglądać dzikie... gepardy!

5) w poniedziałek zawitaliśmy do Parku Narodowego Etosha, tam jeździliśmy naszym autem i widzieliśmy: zebry, słonie, gnu, springboki, żyrafy, nosorożce i - najważniejsze - stado lwów! Dosłownie 40 m od nas lew, 4 lwice, 1 starsze mlode i 2 maluchy! Piekne koty!

A dziś jesteśmy w Windhoek, właśnie zrobiliśmy zakupy na targu i powoli zaczynamy way back home - stąd już w stronę Gaborone, zahaczajac o coś ciekawego po drodze, a później Johannesburg i samolot do Europy. Za tydzień powrót do "normalnego" życia...

Galeria


[gallery]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz