2005 Peru / Boliwia

Latając nad Limą


sierpień 2005





Minął pierwszy dzień pobytu w Limie. Troszkę przymusowy, bo tak się jakoś złożyło, ze część naszego bagażu, ta męska - na szczęście:) - nie wyleciała razem z nami z Warszawy... Ma dotrzeć tu jutro wieczorem, wiec cierpliwie czekamy. Kupilismy Lukaszowi gatki, skarpetki i koszulkę i dla mnie koszulkę, w sumie 40 soli zapłaciliśmy, czyli złotych (kurs 1:1) Lima oszałamia - z jednej strony zadbany Plaza Mayor, z drugiej tak koszmarna fabryczna dzielnica w drodze z lotniska, że aż się nie chce wierzyć, że to to samo miasto. Nasz hostel pełen jest rzeźb, balkonow, balustrad i ma piękny taras na dachu, gdzie można się napić cuba libre.
Na głównym deptaku przez ulice przeprowadzały nas na żółto ubrane ludziki z twarzami umalowanym na biało - mimo ze były światła!! Rano ulica ta o 10 była puściutka, sklepy dopiero powoli się otwierały, a teraz jest godzina 21 i miejsce to tętni życiem - knajpki, ciuchy, loterie, naciągacze. A właśnie,pieniądze można wymienić na ulicy, cinkciarzy jest całe mnóstwo. Na razie nie próbowaliśmy... ;)
Pochodziliśmy dużo, zawędrowaliśmy nad sam ocean, a tam nagle pojawiła się okazja polatania na paralotni, po prostu chłopak zapytał nas czy chcemy spróbować. Chwila wahania, ale zdecydowaliśmy się - i było ŚWIETNIE! :)) Lot nad miastem, oceanem, wysokim klifem, zielono, zimno i wspaniale! Z góry widać jak maleńkie jak mróweczki postaci chodzą, jeżdżą czy pływają na desce surfingowej, coś niesamowitego! Do tej pory buzie same nam się śmieją! Choć nogi trochę nam się trzęsły jak już adrenalina opadła.
Stąd uciekamy do Pisco, podziwiać słonie morskie, foki i inne stwory. Jak tylko dotrze plecak...


Once uppon a time...


sierpień 2005


Był sobie Plecak. Bardzo lubił podróżować, ale niekoniecznie ze swoim właścicielem. Najpierw nie wyleciał z nimi z Warszawy. Później poleciał do Amsterdamu, by stamtąd dostać się do Limy. Nie udało się, bo załoga Boeinga 737 zabrała 4 (słownie: cztery) sztuki bagażu. Musielibyście widzieć ten wściekły tłum w hali przylotów!! :))) Wreszcie bagaż się odnalazł, w siódmym dniu podróży, czyli dziś. Trochę sobie popodróżował.
Całe szczęście, że już jest z nami, ponieważ kilka razy nastawialiśmy się, że go nie zobaczymy :)) No i dobrze, że na niego nie czekaliśmy, bo tydzień w Limie to byłoby stanowczo za dużo. Z Limy pojechaliśmy do Pisco, a tam na 2 wycieczki. Pierwsza, na Islas Ballestas była absolutnie niewiarygodnym przeżyciem - płynęliśmy motorówka i podziwialiśmy mewy,  głuptaki, kormorany, pelikany, foki, lwy morskie, kraby (zwane tam pająkami morskimi), a wracając do portu trafiliśmy na stadko delfinów! Coś wspaniałego!! :)) Druga wycieczka - do Paracas - to wizyta na pustyni, podziwianie wielkiej skały w kształcie katedry, na której szczycie widnieje podobno kształt indiańskiej dziewczyny. Ja tam widziałam orla… ;) A później jeszcze poszliśmy popatrzeć na flamingi. W zeszłym roku podobno było ich kilkaset, a w tym tylko trzy. Widzieliśmy je z daleka, wyglądały jak plastikowe, dobrze, że jeden się poruszył :) Ostatnio przez dwa dni byliśmy w Arequipie, pięknym kolonialnym mieście. I  odważyliśmy się… Zjedliśmy cuy chactado, czyli pieczoną świnkę morska, narodowy przysmak Peruwiańczyków… Myślałam, że wzrok mnie myli, kiedy zobaczyłam na talerzu całe zwierzątko z łapkami i głową… Musieliśmy to zapijać ogromną ilością cuba libre, by zapomnieć… No ale cóż, jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenie :)
W Areqipie spróbowaliśmy tez mate de coca (herbata z liści koki), ale smakowała trochę jak wodorosty (bo myślę, że one tak właśnie smakują…) Za to prawdziwym hitem jest dla mnie sucha bulka z awokado i sola - pyyyyycha!!
Przed chwilą po 5-godzinnej podróży dotarliśmy do Puno, nad jeziorem Titicaca. Jutro wizyta na Islas Flotantes,czyli pływających wyspach, a później przejazd do Boliwii. Zaraz idziemy na kolacje, jakaś zupka, koniecznie herbata z cytryna (w dzień jest tu upał, ale w nocy temperatura oscyluje wokół zera) i coś większego. Apetyt dopisuje! A później - oczywiście - cuba libre :)


Isla del Sol



16.08.2005


Jesteśmy już w Boliwii, ale wciąż nad jeziorem Titicaca (wysokość nad poziomem morza: 3812 m). Jeszcze w Peru "zaliczyliśmy" Islas Flotantes, pływajace wyspy, które zrobione są z trzciny. Zresztą trzcinę plemię Uros (bo takie tam zamieszkuje) wykorzystuje na wiele sposobów: zjada ja (jest zupełnie pozbawiona smaku), buduje z niej domy i łodzie oraz oczywiście podbudowuje wyspy, kiedy leząca na wierzchu warstwa zaczyna gnić), a także wyrabia z nich ozdoby. Bardzo oryginalna sprawa :)

Dziś byliśmy na Wyspie Słońca, na której, według legendy, Viracocha i Mama Ocllo zapoczątkowali potęgę Inków. Przeszliśmy całą wyspę wzdłuż - 10 km, przez piękne i surowe góry, a w oddali rysowały się ośnieżone szczyty Andów. Słońce nas spiekło niemiłosiernie, a w dodatku dostaliśmy lekkiej choroby wysokościowej. Ale wrażeń mnóstwo. Żadnych nietypowych dań tym razem nie jedliśmy, ale trafiliśmy na knajpkę, w której podają pstrąga na ponad 30 sposobów! Przynajmniej w teorii, bo zamówiliśmy dwa różne dania, a dostaliśmy dokładnie to samo...

Jutro wyruszamy do La Paz, a później na pampę i do dżungli. Takie są plany, ale może być różnie, bo dziś rano oddaliśmy rzeczy do "pralni", miały być o 17:30, jest 19:30, a budka jest zamknięta na głucho... Zakładamy jednak, ze nikt nie chciał ukraść brudnych skarpetek i koszulek...

Na Targu Czarownic


18.08.2005

Dziś byliśmy w Tiahuanaco. To indiańskie ruiny, ok. 60 km od La Paz. Po kulturze trwającej prawie 25 wieków, od 1200 r p.n.e. do 1200 roku n.e, nie zostało już zbyt wiele, gdyż na przykład kamienie z piramidy służyły do budowy okolicznych domów oraz kościoła w La Paz. Monolity robią niesamowite wrażenie, a jak się pomyśli, jaka to potęga była kiedyś... A przy odkrywaniu tych ruin pracował Polak, Artur Poznański.La Paz. Miasto położone w kotlinie górskiej, której głębokość to 400 metrów - a na zboczach wszędzie domy. Niesamowity widok! Przyjechaliśmy wczoraj, po udanym odebraniu rzeczy z pralni. Co to jest kilkanaście godzin opóźnienia! Mój biały sweter przybrał na rękawach nieco różowy odcień... Cóż...

Zaszokowała kogoś wiadomość o skonsumowanej śwince morskiej? Hmm... W La Paz na Targu Czarownic oprócz poncz, szalików, toreb, figurek, liści koki, dziwnych ziół i przypraw można tez kupić... zasuszone płody lam... Należy je zakopać pod jakimś narożnym kamieniem, by zyskać przychylność Pachamama (Matki Ziemi) i zapewnić sobie szczęście. Jacyś chętni??

Jutro lecimy do Rurrenabaque, na pampę z jej kajmanami, kapibarami, anakondami, różowymi delfinami i innymi cudami natury. Wracamy do La Paz w poniedziałek wieczorem i już mamy bilety na autobus do Cusco. Będziemy tak blisko imperium Inków, ze bliżej już nie można.

Boliwijska pampa



23.08.2005


Przed chwila wróciliśmy z Rurrenabaque. Z wysokości ok. 300 m n.p.m. przeskoczyliśmy znów na 4 000!
Do dżungli (a tak naprawdę na pampę) wylatywaliśmy z 7-godzinnym opóźnieniem, ale dostaliśmy na pocieszenie ciasteczka, kawę i bułe z jajem. Super, prawda? Wylądowaliśmy na... trawie... Takie sobie lądowisko pośród lasu. Następnego dnia o 8:30 wyruszyliśmy na spotkanie przygody. Już w dżipie (3 godziny) się zaczęło. Złapaliśmy gumę i Łukasz asystował przy zmianie kola. Droga że pożal się Boże, ale można było się domyślać co nas czeka - w rowie wylegiwał się aligator, wałęsały się osiołki, konie i bawoły, latało mnóstwo ptaków. Potem przesiedliśmy się na łódkę i dwie godziny w niej spędzone to było już to! Nauczyliśmy się odróżniać aligatory od kajmanów (nie było to takie proste!), widzieliśmy żółwie całymi koloniami wygrzewające się na wystających z wody drzewach, pojawiły się kapibary (największe z gryzoni, mogą mieć nawet do 46. kilogramów), po drzewach skakały małpki saimiri - śliczne, malutkie, z żółtymi pyszczkami, były bardzo blisko nas, zrobiłam zdjęcie jak jedna z nich zwiesza się na ogonku i pije wodę z rzeki, mam nadzieje, ze będzie udane! Bardzo sympatyczna była tez kąpiel z różowymi delfinami, wyskoczyliśmy z łódeczki, popływaliśmy, a one były tuż obok, jeden poruszał się niecały metr ode mnie, lekko mnie dotknął! Potem dopłynęlismy do naszego obozu, który tez był świetny, bez elektryczności, kanalizacji, a wszystko było, łazienka, prysznic, łóżka z moskitierami... I cale mnóstwo jedzenia, pysznego jedzenia. Przez te 3 dni zjedliśmy chyba więcej niż przez  ostatnie 2 tygodnie!  Pierwszego dnia wieczorem popłynęliśmy jeszcze łódką popatrzeć  w ciemnościach na żerujące aligatory. Świecące się w świetle latarki na czerwono oczy... Niesamowite...

Drugiego dnia rano wyruszyliśmy na spotkanie anakondy. Wiedzieliśmy, ze szanse są średnie. Szliśmy i szliśmy, i szliśmy w coraz większym upale, w końcu część grupy została pod jednym drzewem, część za chwilę pod następnym. Największa determinacją wykazał się Amerykanin, Colin, najpierw znalazl w trawie  szkielet anakondy, a później prawie całą, nie miała tylko... glowy...  Później już wszyscy się poddali, leżeliśmy pod drzewem, tylko przewodnicy poszli jeszcze kawałek. No i znaleźli! Przynieśli ją do nas, straszne to bylo, tak nam bylo żal tego biednego stworzonka... Irańczyk oplótł go sobie wokół pasa i robił zdjęcia, Hiszpanie dotykali, piszczeli, a później rzucili go w miejsce przypadkowe i jeszcze krzyczeli, żeby zabrać węża do obozu, bo drugiej grupie nie udało się na niego natrafić... My i Colin byliśmy za tym, by stworzenie odnieść w bezpieczne miejsce, co też się stało, a tym samym zyskaliśmy od  naszego przewodnika miano najmilszych grupowiczów ;)

Droga powrotna to był koszmar - upał, woda chlupie w dziurawym kaloszu, moskity żrą jak szalone a do obozu daleko. Ale nie było wyjścia - daliśmy radę!

Ostatniego dnia raniutko popłynęliśmy na połów piranii. Dostaliśmy żyłkę, haczyk, kawał mięska i krótką instrukcję.  Złowiłam jako pierwsza z naszej 5-osobowej grupy! A rybki te wyobrażałam sobie trochę inaczej... Mają straszne zęby i jedzą padlinę, to fakt, ale oprócz tego są bardzo ładne! Trzy rodzaje, czerwone, żółte i białe, cudnie się mienia i wygladają naprawdę sympatycznie (gdy schowają zęby...) A wieczorem mogliśmy ich spróbowac. Były trochę bez smaku i bardzo ościste.
A jak sobie pomyśle, że pływałam z delfinami w tej samej rzece co piranie i aligatory... Cóż, bardzo ze mnie odważna osoba! ;)

Jutro raniutko wsiadamy w autobus do Cusco, 12 godzin w drodze.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz