niedziela, 3 stycznia 2016

Sajgon w Sajgonie

Czytałam dużo. Nie dowierzałam. Wydawało mi się, że przesadzają, że to niemożliwe, i że w ogóle co to za problem. No to już wiem. Totalny sajgon w Sajgonie.

Typowo azjatyckie duże miasto. Śmieci, szczury rozmiaru małych kotów na placach zabaw i niezbyt przyjemne zapachy na ulicy. Ale też uśmiechnięci ludzie, niskie ceny i absolutnie obłędne jedzenie.
A w Ho Chi Minh w pakiecie dostaje się też szaleńczy ruch samochodowy. Pieszych usiłują staranować wszechobecne skutery, skutery próbują rozjechać samochody, samochody zawsze ustępują autobusom. Wszyscy trąbią jak zwariowani, od świtu do nocy. Pierwsza próba przejścia przez ulicę z dziećmi to był naprawdę spory stres. Ale szybko załapaliśmy zasady, Jo gdy zobaczy kilkunastometrową lukę między skuterami, woła: teraz! Je, po królewsku siedzący u taty na barana, porykuje jak dinozaur na trąbiące pojazdy. My po prostu lawirujemy. Oto filmik nakręcony dziś na przejściu na pieszych:




A ponieważ wakacje to wakacje, wybraliśmy się dziś do parku rozrywki. Dai Nam to ogromny park tuż za granicami Ho Chi Minh, wypełniony atrakcjami dla całej rodziny. Jest tu coś na kształt Disneylandu, jest labirynt jednorożca, kompleks świątyń buddyjskich ze sztucznymi jeziorami, górami i licznymi pagodami, małe zoo, tor do mini Formuły 1 i wiele innych rzeczy. Wszystkie podobno super. Nie wiemy tego niestety, ponieważ na ponad 6 godzin utkęliśmy w parku wodnym. W dwóch wielkich basenach. Ze słodką i słoną wodą. Z falami. Ze zjeżdżalniami. Z zabawkami. Z widokiem na skały i zamek strzeżony przez rycerzy. Było ekstra!










Za chwilę Kambodża, ale do Wietnamu jeszcze wrócimy!





2 komentarze: