sobota, 26 września 2015

Weekendowy wypad - leśna porażka, mały rycerz i średniowieczny gród

Wczesne średniowiecze jest u nas ostatnio "na fali". Trochę z powodu nowej książki Łukasza KLIK, a trochę dlatego, że Jo fascynuje się rycerzami, zamkami, łukami i mieczami. Wystarczyło dziś zatem jedno spojrzenie na mapę okolic Poznania i szlak weekendowej wycieczki wybrał się sam.

Zaczęło się od porażki. Pozostałości pradawnego grodziska w okolicach Kociałkowej Górki podobno można odnaleźć. Niestety pośród pofalowanych i porośniętych gęstym lasem wzgórz niczego nie dostrzegliśmy. Ale spacer pośród chaszczy sprawił nam sporo frajdy. No i nie powiedzieliśmy ostatniego słowa, jeszcze tam wrócimy!



Szczęście dopisało nam za to u bram Grodu Pobiedziska, u których powitał nas Bartek Styszyński, pełen entuzjazmu twórca tego niezwykłego miejsca. Jo był zachwycony. Mógł samodzielnie załadować kamlot do trebusza i wyrzucić pocisk hen wysoko i daleko. Zakręcił kieratem, wystrzelił z olbrzymiej kuszy, rozhuśtał taran, przymierzył rycerską zbroję.












Je, póki co niespecjalnie zainteresowany takimi zabawkami, radośnie spędził czas na stylizowanym na średniowieczny placu zabaw. Tak mógłby wyglądać plac zabaw tysiąc lat temu, gdyby wówczas ktoś o takich przybytkach myślał. Nie było ich, bo według słów Bartka, w średniowieczu  dzieci poniżej lat dziesięciu stały w hierarchii osady niżej niż psy jako istoty totalnie bezużyteczne :)








Wróciliśmy do domu z łukiem i kompletem strzał. W ogrodzie mamy teraz średniowieczny poligon...

poniedziałek, 21 września 2015

Weekendowy wypad - krzywy las, morze i park dinozaurów

Wrześniowa pogoda w tym roku nas rozpieszcza, zatem w ubiegły czwartek podjęliśmy decyzję - jedziemy nad morze! Chłopcy błyskawicznie zapakowali łopaty, łopatki, wiaderka i dinozaury, my wrzuciliśmy do walizki ubrania, kosmetyczkę i książki (Harlan Coben, moja nowa miłość!) i w piątkowe popołudnie pomknęliśmy do Rewala. Wybrany naprędce pensjonat (Dom Wczasowy Plaża) okazał się strzałem w dziesiątkę - położony 30 metrów (tak!) od plaży, czysty, z pysznym śniadaniem, a w razie niepogody oferujący salę zabaw wewnątrz budynku, w dodatku upolowany dzień przed przyjazdem w bardzo przyjemnej cenie, czegóż chcieć więcej?
I tak oto leniwa sobota upłynęła nam na budowaniu zamku dla smoków, oglądaniu licznych meduz, taplaniu się w morzu (20 stopni w końcówce września! Pełne słońce! Prawie bez wiatru!), czytaniu, bieganiu po plaży (uwielbiam!), spacerach, rozmowach etc. Oczywiście zjedliśmy też skandalicznie drogą i średnio smaczną rybkę oraz poszliśmy na gofry, czyli zaliczyliśmy wszystko to, co nad morzem zaliczyć się powinno ;)



A niedziela? Po śniadaniu odpaliliśmy naszą szarą strzałę i pomknęliśmy na poszukiwania tajemniczego krzywego lasu. Szukaliśmy, błądziliśmy, miejscowych o drogę dwa razy pytaliśmy, aż znaleźliśmy. I oniemieliśmy.



Wiek tych drzew na podstawie słojów ocenia się na ok. 80 lat. Dlaczego tak wyglądają? Tego nie wiadomo, ale najbardziej prawdopodobna teoria mówi o tym, że drzewkom celowo ucinano wierzchołki, by pierwsza gałąź przejmowała rolę pnia, a tak specyficzne drewno można było wykorzystać do budowy beczek, łodzi etc. Jest również hipoteza sugerująca uszkodzenie młodych drzewek przez stacjonujące tu w 1945 roku czołgi radzieckie. Jakakolwiek jest przyczyna takiego kształtu drzew, pewne jest jedno - robią ogromne wrażenie!





Popołudniową porą, coraz bliżej domu, zahaczyliśmy jeszcze o Park Dinozaurów w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. Dzieciozaury wiadomo, zachwycone, a dwuipółroczny Je zaimponował pani bileterce gdy jej oświadczył, że widzi triceratopsa walczącego z rexem ;) Uważam jednak, że park w Rogowie jest lepszy - większy, ciekawszy, z różnymi atrakcjami. Plusem tego jest fakt, że znajduje się w lesie, więc spaceruje się po nim bardzo przyjemnie, a w dodatku mają na stanie całkiem miłą wiewiórkę :)


Rewelacyjny jest również olbrzymi, kolorowy globus - nasze dzieci były pod wrażeniem, a nie jest łatwo zaimponować globusem komuś, kto ma ich w domu pięć!



Wróciliśmy do domu wyspani, wypoczęci, zadowoleni, a dziś listonosz przyniósł paczkę z przewodnikami. Zimowe wakacje zbliżają się wielkimi krokami... ;)


niedziela, 6 września 2015

Weekendowy wypad - agroturystyka!

Mieszkamy na wsi, choć w sumie to przedmieścia Poznania. Mamy blisko las, łąkę, a po domu pałęta się kot. Rowerami jeździmy taplać się w rzece, a w ogrodzie wiszą hamaki. Dziadkowie mają konie. Pewnie właśnie z tych powodów agroturystyka nie była nigdy na szczycie naszej listy weekendowych wypadów. Aż tu nagle zapragnęliśmy pokazać dzieciom skąd się biorą mleko i jajka. Niby doskonale to wiedzą, ale jak to rzekł Konfucjusz: powiedz mi, a zapomnę, pokaż, a zapamiętam, pozwól mi zrobić, a zrozumiem. A ja lubię gdy dzieci rozumieją. Zapakowaliśmy zatem w piątkowe popołudnie nasze graty i po godzinie jazdy wciągnęły nas sielskie klimaty Agroturystyki Pod Brzozami. Przyjechaliśmy na główną atrakcję każdego tutejszego dnia: odprowadzanie zwierząt do zagrody. Trwa to całe wieki, bo zwierząt jest sporo, dzieci chętnych do odprowadzania też i to doprawdy zabawny widok gdy dziesiątka dzieci (najmniejsze z rodzicami) prowadzi na łańcuchu dwie kozy lub jedną krowę. Albo kucyka, na którym wieczorem można pojeździć.



Krowa po tym gdy już zostanie wprowadzona do obory, stoi cierpliwie i pozwala każdemu dziecku się wydoić. Pan gospodarz oczywiście pomaga. Świeże, ciepłe mleko z pianką - mniam!



Teraz każdy ma siłę, by pobiec szukać jajek na wybiegu przy kurniku. I tu wielkie brawa dla gospodarzy - wypatrywałam uważnie kiedy podrzucają te jajka i przeoczyłam to. Więc zaaferowane dzieci są przekonane, że kury przed momentem zniosły jaja i trzeba je zebrać, by były na kolację.



Później jeszcze trzeba nakarmić króliki własnoręcznie zerwaną trawą i już. Można iść się bawić. A jest tu co robić. Są liczne huśtawki, zjeżdżalnia, absolutnie fantastyczna, ogromna piaskownica tuż pod drzewami, liczne jeździki, auta, wiaderka, łopatki.





Wisi też hamak, a w dodatku jest tu do dyspozycji gości staw z piaszczystą plażą i licznymi zabawkami. Jeśli pogoda nie dopisze, w budynku jest spora bawialnia. Istny raj dla dzieci!
Cały obiekt przystosowany jest dla rodzin. Pokoje są przestronne, prosto, ale wygodnie urządzone. Jedyny ich minus (właściwie w ogóle jedyny minus) to brak ręczników i mydła - trzeba przywieźć swoje. Posiłki serwowane są w jadalni, w której każdy ma swoje miejsce, a jedzenie jest nieskomplikowane, ale pyszne - na śniadania i kolacje podają tutejsze mleko, jajka, twaróg, również wędliny częściowo robione są na miejscu. Do tego warzywa, dla chętnych płatki, a wieczorem naleśniki, leczo, bigos. Nie ma problemu z wegetariańskim obiadem, zgłosiłam przed przyjazdem, że taki bym chciała i choć okazało się, że moją porcję już ktoś zjadł (bo podsiadł moje miejsce! ;)) to pani kucharka na szybko zaproponowała mi jajko. Podziękowałam, kasza gryczana i pyszne buraczki w zupełności mi wystarczyły.
Gospodarze bardzo dbają o dobre samopoczucie wszystkich gości. Z każdym porozmawiają, cierpliwie wszystko wyjaśnią. Zorganizują ognisko, przewiozą dzieciaki (i rodziców też!) wozem ciągniętym przez traktor, nawet do wody wszyscy wjadą!




Goście mali i duzi szybko się w takim przyjaznym miejscu integrują. Wystarczyło, że zeszłam ma moment do kuchni i od razu zostałam poczęstowana wódką i popitką ;)
Spędziliśmy tam bardzo miły weekend, a domyślamy się, że jeśli ktoś na co dzień mieszka w dużym mieście z pewnością jest pod jeszcze większym wrażeniem!