niedziela, 3 sierpnia 2014

Tunezja - hot or not?

Najpierw miała być Finlandia i Wyspa Muminków - ale doszliśmy do wniosku, że dzieci są jeszcze za małe, by mieć z tego frajdę.

Później planowaliśmy czeski Raj i słowacką Tatralandię z przystankami po drodze, w wersji campingowej - ale okazało się, że teraz urlopu mogę wziąć tylko tydzień, a to na taką objazdówkę trochę mało.

Aż nagle zupełnym przypadkiem trafiłam na ofertę last minute. Last minute i my? Może jeszcze all inclusive?? Hahaha, dobry żart! Ale myśl zakiełkowała i nie dawała spokoju. Bo mamy tylko tydzień, bo cena lepiej niż rewelacyjna, bo w końcu to dzieciom ma się podobać, a nie nam, itp. itd. Kilka dni wahania i decyzja - jedziemy, w najgorszym wypadku będziemy wiedzieć dlaczego zawsze czuliśmy, że ten typ wypoczynku nas nie kręci!

Zamiast wyładowanych plecaków - małe walizeczki (Dziadkom za wypożyczenie serdecznie dziękujemy!).
Zamiast szukania połączeń lotniczych, hoteli, transferów - wszystko w pakiecie, wraz z dokładną instrukcją z biura podróży (m.in. "Pakując się pamiętaj o kremie z filtrem, nakryciu głowy i stroju kąpielowym").

I tak oto trafiliśmy do Tunezji, do prawdziwego turystycznego kołchozu. Wielki piękny hotel z wielkimi pięknymi basenami. Wielka stołówka z wielkimi górami jedzenia. Wielka ilość barów z wielkim wyborem napitków wszelakich.  Fajna plaża, ciepłe morze, smaczne jedzenie, fantastyczna pogoda - dlaczego zatem nie wróciliśmy zachwyceni? Bo po dwóch dniach zabijała nas wielka wygoda i wielka powtarzalność. Codziennie to samo jedzenie, ci sami ludzie, te same miejsca, te   same pseudoatrakcje. I chyba brak autentyczności. W dzień zakończenia ramadanu wybraliśmy się do Sousse powłóczyć się po medinie, z pełną świadomością, że pewnie wszystko będzie zamknięte, w końcu muzułmanie świętują jeden z najważniejszych dni w roku. A gdzież tam. Stragany, sklepiki, kramiki, handel mały i duży, dla turysty wszystko. Innego dnia wybraliśmy się do zoo. Świetnie zorganizowane, zwierząt mnóstwo, ale ludzi też pełno. Nawet basen z delfinami nie był w stanie nas zachwycić, choć delfiny to jedne z naszych ulubionych zwierząt.

Dlaczego mimo wszystko nie wróciliśmy niezadowoleni? Bo dzieciakom się podobało, a przecież tylko o to w tym chodziło. Zachwyceni ciepłym morzem i piaszczystą plażą, wygodnym, małym basenem dla dzieci, tym, że sami mogą decydować co i kiedy chcą robić (oczywiście w granicach rozsądku ;)). Tyle tylko, że aby osiągnąć taki efekt nie musimy pakować ich w paszczę konsumpcyjnej, bezrefleksyjnej turystyki, na Sri Lance i Seszelach też mieli morze, plaże (liczne, nie jedną) i baseny, a i my czuliśmy się tam znacznie, znacznie lepiej. Trochę dalej, ale o ileż fajniej...

Zatem byliśmy, wypróbowaliśmy i więcej raczej nie powtórzymy. Ale przynajmniej będziemy wiedzieli co krytykujemy ;)