niedziela, 9 lutego 2014

Sri Lanka herbatą pachnąca

Sri Lanka przywitała nas przesympatycznie. Przesympatyczność objawiła się nam w osobie pogranicznika ze złotym zębem. A tak. Otóż po kilkunastogodzinnej podróży z pytaniem przewodnim: a kiedy już będziemy na wakacjach? ogarnęła nas pomroczność jasna i zapomnieliśmy kupić wizy. Zorientowaliśmy się tuż przed okienkiem, widząc, że para przed nami oprócz paszportów podaje panu papierki. No ale cóż, podeszliśmy, w pełni licząc się z tym, że pan nas zawróci do ogromniastej kolejki po wizy. A on spojrzał na nas, spojrzał na chłopców, powiedział, że darujemy sobie formularze, on tylko skoczy po naklejki wizowe. I skoczył :) to kolejny dowód na to, że warto podróżować z dziećmi! Choć gdyby nie one to pewnie nie zapomnielibyśmy o tych wizach... :P

Później dzień plażowania, odpoczynku, leniuchowanie i w drogę! Ruszyliśmy w stronę Kandy, drugiego co do wielkości miasta Sri Lanki, w którym znajduje się świątynia świętego zęba Buddy. Zobaczyliśmy też olbrzymi posąg Buddy oraz... wielki plac zabaw. Pięć razy. A przy okazji młodsze dziecię opanowało do perfekcji nowe słowo: Budda. Mówi więc baba, mama, tata i Budda, prawidłowo z dwoma "d". Nieźle.




Po drodze do Kandy odwiedzaliśmy sierociniec dla słoni w Pinnawala. Miejsce to powstało w imię bardzo słusznej idei ratowania osieroconych, okaleczonych, cierpiących wskutek działań kłusowników słoni. Odnieśliśmy jednak wrażenie, że teraz jedyny powód istnienia tego miejsca to komercja, ogromny ruch turystyczny. Szkoda. Plusem wizyty w tym miejscu było to, że dzieciaki miały olbrzymią frajdę z karmienia dużych i małych słoni.

 





Z Kandy ruszyliśmy dalej w góry, do Nuwaraelija. Samo miasto nie jest zachwycającą, ale otaczają je plantacje herbaty, a plantacja była jednym z naszych głównych must see na wyspie. Herbatę z Chin sprowadzili tu Brytyjczycy, ta "nasza" plantacja ma ponad 140 lat! Dowiedzieliśmy się, że 75% tutejszej produkcji trafia na aukcje, na których potentaci herbaciani kupują ją w workach, później zaś mieszają zawartość worków z różnych aukcji, więc właściwie trudno stwierdzić skąd pochodzi herbata, którą pijamy na co dzień...







A dziś... Opuscilimy gościnne góry wraz z ich sympatycznym (nie tak upalnym!) klimatem i zjechaliśmy znów nad ocean. Przez 6 godzin podróży widzieliśmy tak różnorodne krajobrazy, ze aż sie wierzyć nie chce, ze to wciąż ta sama, niezbyt duża wyspa. Dumni jesteśmy z naszych małych podróżników, godnie znoszą wszelkie niewygody, które zresztą wynagradza im harcowanie w piasku. Jedni wykorzystują piasek do budowania, inni do zjadania, ważne, że jest dobrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz