poniedziałek, 17 lutego 2014

Sri Lanka z plażami i zwierzakami!

Po zakończeniu przygody ze słoniami, herbatą, górami, polami ryżowymi pojechaliśmy na południe, na podobno najpiękniejsze wybrzeże Sri Lanki. Kirinda, Tangalle, Galle. Rajskie plaże, parki narodowe pełne zwierzaków, Galle ze swoim pięknym holenderskim fortem. Taki był plan.

Maleńka Kirinda okazała się świetną bazą wypadową do parku narodowego Yala. A że przy okazji zamieszkaliśmy w domku na plaży z basenem na dachu... :)





Yala jest jednym z najlepszych na świecie miejsc do obserwacji lampartów. Tyle tylko, że gdy rezerwowaliśmy auto na safari, zostaliśmy ostrzeżeni, żebyśmy się nie nastawiali, że uda nam się je zobaczyć, bo zdarza się to bardzo rzadko - średnio jeden osobnik przypada na 25 km kw. Ale w końcu od zawsze szczęście nam sprzyja, jeśli chodzi o dzikie koty - widzieliśmy serwale w Tanzanii, głaskaliśmy gepardy w Namibii, sprzyjały nam lwy, dlaczego miałoby nam się nie udać z lampartem? I rzeczywiście, po trzech godzinach jazdy, gdy już dokładnie obejrzeliśmy słonie, gdy obfotografowaliśmy krokodyle, żółwie i małpy, gdy niemal nie rozjechaliśmy warana, gdy już zdążyła nam się znudzić różnorodność ptaków, nagle dostrzegliśmy grupę samochodów i wyraźnie podekscytowanych pasażerów. Lampart! Tylko gdzie, bo go nie widać... Schował się za skałą, trzeba czekać. Czekaliśmy, aż nagle się pojawił, 20 metrów od nas. Piękny, dostojny i zupełnie nie zwracał na nas uwagi. Szkoda, że nie chciał na dłużej wychylić się zza skały...












Następny przystanek - Tangalle, a właściwie osada pod Tangalle. Na dwa dni zamieszkaliśmy w raju. Takiego widoku z okna/tarasu nie mieliśmy nigdy w życiu, wokół tylko palmy, pusta plaża, piękne muszle i... krowy, które przemierzały bezkres piasku co dzień o zachodzie słońca ;)









Przed samym powrotem do domu zatrzymaliśmy się w Galle, mieście portowym, w którym Holendrzy zbudowali potężny fort. Teraz w jego wnętrzu znajdują się knajpy, hoteliki, sklepy z pamiątkami. Ale też meczet, kościół katolicki i różne szkoły. Nie mieliśmy konkretnego celu, nie planowaliśmy zobaczyć konkretnych miejsc, więc tylko włóczyliśmy się tymi małymi, urokliwymi uliczkami i chłonęliśmy atmosferę, tu przystając na lody, tu kupując ananasa od ulicznego sprzedawcy, tu włażąc na mur fortu popatrzeć na morze. Zdarzało się też, że uczennice miejscowej szkoły chciały sobie robić zdjęcia z naszymi blondwłosymi dziećmi, które jednak pozostawały nieufne :)

 




W Galle trafiły nam się też dwie zupełnie niespodziewane atrakcje. Jedną z nich była maleńka farma żółwi, gdzie jaja ratuje się przed drapieżnikami, a żółwie po wykluciu transportuje się w to miejsce, skąd zabrano jaja (widzieliśmy jednodniowe żółwiki!!). Drugi rarytas to spotkanie z zaklinaczem węży, pierwszy raz widzieliśmy jak kobra tańczy przy muzyce...



   







Sri Lanka zaskoczyła nas swoją różnorodnością, tym jak bardzo jest przyjazna i jak świetnie rozwija infrastrukturę turystyczną. Każdy, z kim rozmawialiśmy chwalił obecnego prezydenta, podkreślał, że wojna na szczęście jest już tylko koszmarnym wspomnieniem, a teraz Lankijczycy odważnie patrzą w przyszłość, stawiają na turystykę i cieszą się tym co mają.

niedziela, 9 lutego 2014

Sri Lanka herbatą pachnąca

Sri Lanka przywitała nas przesympatycznie. Przesympatyczność objawiła się nam w osobie pogranicznika ze złotym zębem. A tak. Otóż po kilkunastogodzinnej podróży z pytaniem przewodnim: a kiedy już będziemy na wakacjach? ogarnęła nas pomroczność jasna i zapomnieliśmy kupić wizy. Zorientowaliśmy się tuż przed okienkiem, widząc, że para przed nami oprócz paszportów podaje panu papierki. No ale cóż, podeszliśmy, w pełni licząc się z tym, że pan nas zawróci do ogromniastej kolejki po wizy. A on spojrzał na nas, spojrzał na chłopców, powiedział, że darujemy sobie formularze, on tylko skoczy po naklejki wizowe. I skoczył :) to kolejny dowód na to, że warto podróżować z dziećmi! Choć gdyby nie one to pewnie nie zapomnielibyśmy o tych wizach... :P

Później dzień plażowania, odpoczynku, leniuchowanie i w drogę! Ruszyliśmy w stronę Kandy, drugiego co do wielkości miasta Sri Lanki, w którym znajduje się świątynia świętego zęba Buddy. Zobaczyliśmy też olbrzymi posąg Buddy oraz... wielki plac zabaw. Pięć razy. A przy okazji młodsze dziecię opanowało do perfekcji nowe słowo: Budda. Mówi więc baba, mama, tata i Budda, prawidłowo z dwoma "d". Nieźle.




Po drodze do Kandy odwiedzaliśmy sierociniec dla słoni w Pinnawala. Miejsce to powstało w imię bardzo słusznej idei ratowania osieroconych, okaleczonych, cierpiących wskutek działań kłusowników słoni. Odnieśliśmy jednak wrażenie, że teraz jedyny powód istnienia tego miejsca to komercja, ogromny ruch turystyczny. Szkoda. Plusem wizyty w tym miejscu było to, że dzieciaki miały olbrzymią frajdę z karmienia dużych i małych słoni.

 





Z Kandy ruszyliśmy dalej w góry, do Nuwaraelija. Samo miasto nie jest zachwycającą, ale otaczają je plantacje herbaty, a plantacja była jednym z naszych głównych must see na wyspie. Herbatę z Chin sprowadzili tu Brytyjczycy, ta "nasza" plantacja ma ponad 140 lat! Dowiedzieliśmy się, że 75% tutejszej produkcji trafia na aukcje, na których potentaci herbaciani kupują ją w workach, później zaś mieszają zawartość worków z różnych aukcji, więc właściwie trudno stwierdzić skąd pochodzi herbata, którą pijamy na co dzień...







A dziś... Opuscilimy gościnne góry wraz z ich sympatycznym (nie tak upalnym!) klimatem i zjechaliśmy znów nad ocean. Przez 6 godzin podróży widzieliśmy tak różnorodne krajobrazy, ze aż sie wierzyć nie chce, ze to wciąż ta sama, niezbyt duża wyspa. Dumni jesteśmy z naszych małych podróżników, godnie znoszą wszelkie niewygody, które zresztą wynagradza im harcowanie w piasku. Jedni wykorzystują piasek do budowania, inni do zjadania, ważne, że jest dobrze!