wtorek, 28 października 2014

Mało wyjazdowo, ale mocno piracko - pierwszy kinderbal w domu!

Stało się. Nadszedł ten czas, kiedy trzeba zmierzyć się z marzeniami dziecka i zorganizować przyjęcie urodzinowe! Oczywiście można wynająć małpi gaj i to jest świetne rozwiązanie dla osób nie mających czasu, chęci czy możliwości, by zrobić imprezę w domu, ale u nas miejsce jest, chęci też, z czasem bywa różnie, lecz postanowiliśmy spróbować. Z nastawieniem, że najwyżej będzie to pierwszy i ostatni raz.

Motyw przewodni: piraci, a jakże! Dekoracji szukałam w necie i przez kilka wieczorów pieczołowicie drukowałam, wycinałam, sklejałam, układałam, malowałam... Nawet piniatę zrobiłam!






Przekąski były "szybkie" i łatwe do wzięcia w łapki w drodze od jednej zabawy do drugiej, szybkie w przygotowaniu. Babeczki, owoce nabite na drewniane szpadki, kabanosy, pocięte w słupki marchewki i papryki, pomidorki koktajlowe. Kupiliśmy też piracki tort.





Organizacją całości i zabawianiem rodziców zajęłam się ja, ogarnianie szesnastki rozbrykanych chłopców przejął mój niezawodny mąż. Jeśli chodzi o zabawy to było szukanie skarbu pod wodzą Wielkiego Pirata (w zakopanej paczce były zestawy do baniek mydlanych dla każdego, było rozwalanie piniaty - złotej rybki (w środku czekoladki, cukierki etc.), były opaski na oko i długie balony zamienione błyskawicznie na pirackie szable, a pod koniec imprezy tatusiowie w świetnej komitywie układali lego.





Goście wyglądali na bardzo zadowolonych, jubilat kładł się spać z wypiekami na twarzy. Większych strat nie odnotowano, więc są szanse, że pierwsza tego typu impreza w domu nie będzie ostatnią!




niedziela, 3 sierpnia 2014

Tunezja - hot or not?

Najpierw miała być Finlandia i Wyspa Muminków - ale doszliśmy do wniosku, że dzieci są jeszcze za małe, by mieć z tego frajdę.

Później planowaliśmy czeski Raj i słowacką Tatralandię z przystankami po drodze, w wersji campingowej - ale okazało się, że teraz urlopu mogę wziąć tylko tydzień, a to na taką objazdówkę trochę mało.

Aż nagle zupełnym przypadkiem trafiłam na ofertę last minute. Last minute i my? Może jeszcze all inclusive?? Hahaha, dobry żart! Ale myśl zakiełkowała i nie dawała spokoju. Bo mamy tylko tydzień, bo cena lepiej niż rewelacyjna, bo w końcu to dzieciom ma się podobać, a nie nam, itp. itd. Kilka dni wahania i decyzja - jedziemy, w najgorszym wypadku będziemy wiedzieć dlaczego zawsze czuliśmy, że ten typ wypoczynku nas nie kręci!

Zamiast wyładowanych plecaków - małe walizeczki (Dziadkom za wypożyczenie serdecznie dziękujemy!).
Zamiast szukania połączeń lotniczych, hoteli, transferów - wszystko w pakiecie, wraz z dokładną instrukcją z biura podróży (m.in. "Pakując się pamiętaj o kremie z filtrem, nakryciu głowy i stroju kąpielowym").

I tak oto trafiliśmy do Tunezji, do prawdziwego turystycznego kołchozu. Wielki piękny hotel z wielkimi pięknymi basenami. Wielka stołówka z wielkimi górami jedzenia. Wielka ilość barów z wielkim wyborem napitków wszelakich.  Fajna plaża, ciepłe morze, smaczne jedzenie, fantastyczna pogoda - dlaczego zatem nie wróciliśmy zachwyceni? Bo po dwóch dniach zabijała nas wielka wygoda i wielka powtarzalność. Codziennie to samo jedzenie, ci sami ludzie, te same miejsca, te   same pseudoatrakcje. I chyba brak autentyczności. W dzień zakończenia ramadanu wybraliśmy się do Sousse powłóczyć się po medinie, z pełną świadomością, że pewnie wszystko będzie zamknięte, w końcu muzułmanie świętują jeden z najważniejszych dni w roku. A gdzież tam. Stragany, sklepiki, kramiki, handel mały i duży, dla turysty wszystko. Innego dnia wybraliśmy się do zoo. Świetnie zorganizowane, zwierząt mnóstwo, ale ludzi też pełno. Nawet basen z delfinami nie był w stanie nas zachwycić, choć delfiny to jedne z naszych ulubionych zwierząt.

Dlaczego mimo wszystko nie wróciliśmy niezadowoleni? Bo dzieciakom się podobało, a przecież tylko o to w tym chodziło. Zachwyceni ciepłym morzem i piaszczystą plażą, wygodnym, małym basenem dla dzieci, tym, że sami mogą decydować co i kiedy chcą robić (oczywiście w granicach rozsądku ;)). Tyle tylko, że aby osiągnąć taki efekt nie musimy pakować ich w paszczę konsumpcyjnej, bezrefleksyjnej turystyki, na Sri Lance i Seszelach też mieli morze, plaże (liczne, nie jedną) i baseny, a i my czuliśmy się tam znacznie, znacznie lepiej. Trochę dalej, ale o ileż fajniej...

Zatem byliśmy, wypróbowaliśmy i więcej raczej nie powtórzymy. Ale przynajmniej będziemy wiedzieli co krytykujemy ;)











 


 












































poniedziałek, 17 lutego 2014

Sri Lanka z plażami i zwierzakami!

Po zakończeniu przygody ze słoniami, herbatą, górami, polami ryżowymi pojechaliśmy na południe, na podobno najpiękniejsze wybrzeże Sri Lanki. Kirinda, Tangalle, Galle. Rajskie plaże, parki narodowe pełne zwierzaków, Galle ze swoim pięknym holenderskim fortem. Taki był plan.

Maleńka Kirinda okazała się świetną bazą wypadową do parku narodowego Yala. A że przy okazji zamieszkaliśmy w domku na plaży z basenem na dachu... :)





Yala jest jednym z najlepszych na świecie miejsc do obserwacji lampartów. Tyle tylko, że gdy rezerwowaliśmy auto na safari, zostaliśmy ostrzeżeni, żebyśmy się nie nastawiali, że uda nam się je zobaczyć, bo zdarza się to bardzo rzadko - średnio jeden osobnik przypada na 25 km kw. Ale w końcu od zawsze szczęście nam sprzyja, jeśli chodzi o dzikie koty - widzieliśmy serwale w Tanzanii, głaskaliśmy gepardy w Namibii, sprzyjały nam lwy, dlaczego miałoby nam się nie udać z lampartem? I rzeczywiście, po trzech godzinach jazdy, gdy już dokładnie obejrzeliśmy słonie, gdy obfotografowaliśmy krokodyle, żółwie i małpy, gdy niemal nie rozjechaliśmy warana, gdy już zdążyła nam się znudzić różnorodność ptaków, nagle dostrzegliśmy grupę samochodów i wyraźnie podekscytowanych pasażerów. Lampart! Tylko gdzie, bo go nie widać... Schował się za skałą, trzeba czekać. Czekaliśmy, aż nagle się pojawił, 20 metrów od nas. Piękny, dostojny i zupełnie nie zwracał na nas uwagi. Szkoda, że nie chciał na dłużej wychylić się zza skały...












Następny przystanek - Tangalle, a właściwie osada pod Tangalle. Na dwa dni zamieszkaliśmy w raju. Takiego widoku z okna/tarasu nie mieliśmy nigdy w życiu, wokół tylko palmy, pusta plaża, piękne muszle i... krowy, które przemierzały bezkres piasku co dzień o zachodzie słońca ;)









Przed samym powrotem do domu zatrzymaliśmy się w Galle, mieście portowym, w którym Holendrzy zbudowali potężny fort. Teraz w jego wnętrzu znajdują się knajpy, hoteliki, sklepy z pamiątkami. Ale też meczet, kościół katolicki i różne szkoły. Nie mieliśmy konkretnego celu, nie planowaliśmy zobaczyć konkretnych miejsc, więc tylko włóczyliśmy się tymi małymi, urokliwymi uliczkami i chłonęliśmy atmosferę, tu przystając na lody, tu kupując ananasa od ulicznego sprzedawcy, tu włażąc na mur fortu popatrzeć na morze. Zdarzało się też, że uczennice miejscowej szkoły chciały sobie robić zdjęcia z naszymi blondwłosymi dziećmi, które jednak pozostawały nieufne :)

 




W Galle trafiły nam się też dwie zupełnie niespodziewane atrakcje. Jedną z nich była maleńka farma żółwi, gdzie jaja ratuje się przed drapieżnikami, a żółwie po wykluciu transportuje się w to miejsce, skąd zabrano jaja (widzieliśmy jednodniowe żółwiki!!). Drugi rarytas to spotkanie z zaklinaczem węży, pierwszy raz widzieliśmy jak kobra tańczy przy muzyce...



   







Sri Lanka zaskoczyła nas swoją różnorodnością, tym jak bardzo jest przyjazna i jak świetnie rozwija infrastrukturę turystyczną. Każdy, z kim rozmawialiśmy chwalił obecnego prezydenta, podkreślał, że wojna na szczęście jest już tylko koszmarnym wspomnieniem, a teraz Lankijczycy odważnie patrzą w przyszłość, stawiają na turystykę i cieszą się tym co mają.