poniedziałek, 30 lipca 2012

Wszystkie smaki Korei



33 stopnie w cieniu, wilgotność hmm… wysoka! To znaczy, że opuściliśmy Australię i zakotwiczyliśmy na kilka dni w Seulu. Ogromnym, nowoczesnym Seulu, w którym w samym środku dzielnicy biznesowej, pełnej drapaczy chmur i salonów luksusowych marek trafiliśmy na przepiękną buddyjską świątynię o 1200-letniej tradycji, wciąż czynną, z mnichami, modlącymi się wiernymi i zapachem kadzideł.





Drugim bardzo przyjemnie zaskakującym momentem dzisiejszego dnia był… obiad! Weszliśmy do tradycyjnej koreańskiej restauracji, dostaliśmy menu (na szczęście obok krzaczków były też nazwy angielskie oraz fotografie dań), a po chwili pani kelnerka z wielce znudzoną i wyrażającą jawną niechęć miną rzuciła nam kubeczki i dzbanek z jakąś cieczą. Myśleliśmy, że złamaliśmy jakieś zasady koreańskiej etykiety i przez chwilę czuliśmy się nieswojo, ale humor nam się poprawił, gdy zobaczyliśmy, że koreańskich gości traktuje dokładnie tak samo. Ciecz zaś okazała się zmrożoną zieloną herbatą o lekko kawowym smaku.




Kelnerka przyniosła nam też kamionkową miseczkę z kimchi, chyba najsłynniejszą koreańską potrawą – sfermentowaną kapustę, dość ostro przyprawioną. Do tego szczypce, by liście wyjąć oraz nożyczki, by je posiekać na mniejsze, dające się złapać pałeczkami kawałki.



Złożyliśmy zamówienie i czekaliśmy na to, co się wydarzy. Zaczęło się ciekawie. „Miła” pani rzuciła nam na stół mały gazowy palnik z pięknie rzeźbioną „patelnią” z rowkiem biegnącym dookoła, wlała do rowka jakiś sos i na chwilę zniknęła. Powróciwszy wrzuciła na „patelnię” drobno posiekaną wołowinę, cebulę, wodorosty i różne dziwne rzeczy, zmniejszyła nieco ogień i poszła po dodatki – ryż, kiełki, tofu, nieznane nam warzywo z orzechami ziemnymi w słodkim sosie sojowym, paprykę. Zamieszała mięso, by opiekło się równomiernie, wymieszała je z resztą składników, mruknęła coś po koreańsku i poszła ciskać talerzami w innych klientów. Zabraliśmy się za jedzenie, a po minucie podszedł do nas pan właśnie opuszczający restaurację, kilka razy nas przeprosił i zakłopotany zapytał czy może pokazać nam jak powinno się jeść bulgogi (bo tak nazywa się ta potrawa). Podziękowaliśmy i z radością skorzystaliśmy z jego rad, zsuwając mięso i warzywa do pysznego sosu, nabierając porcję pałeczkami i zagryzając to ryżem i dodatkami. Obserwująca scenę pani kelnerka przyprowadziła z kuchni panią kucharkę, żeby sobie na nas popatrzyła. Cóż, białasy pierwszy raz zmagające się z kuchnią koreańską – to musiał być dla nich niezły ubaw…




Drugim zamówionym przez nas daniem, już nie tak skomplikowanym w obsłudze, były wandu, czyli rodzaj pierogów gotowanych na parze. Z warzywami, przyprawami, lekko pikantne, a jednocześnie bardzo delikatne. Pyszne! Podobno są jeszcze mandu, malutkie pierożki, będziemy jeszcze na nie polować.




Zamówiliśmy również zupę, z mięsem, makaronem, ryżem, warzywami i wodorostami. Gdybyśmy jedli tylko ją, pewnie dostałaby od nas dobrą recenzję, ale w towarzystwie bulgogi i wandu przegrała z kretesem i w punktacji znalazła się na samiuteńkim końcu. Sprawiła za to wiele radości Jonaszowi, który mógł bez końca bawić się gmeraniem w misie i wygrzebywaniem spośród ryżu i makaronu kawałków mięsa.



A pani kelnerka na sam koniec uraczyła nas uśmiechem – wręczając nam rachunek…




Przed nami jeszcze dwa pełne dni poznawania Seulu i koreańskich smaków. Mniaaaaam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz