piątek, 29 czerwca 2012

Jonasz w krainie pingwinów

Australia przywitała nas kolejkami. Olbrzymimi, zakręconymi wielokrotnie kolejkami. Najpierw paszporty – osobno Australijczycy i Nowozelandczycy, osobno reszta świata. Wbrew pozorom oba ogonki poruszały się równie wolno. Później tzw. quarantee, czyli punkt kwarantannowy  - trzeba zadeklarować co z rzeczy do jedzenia, picia, lekarstw, alkoholu, przedmiotów z drewna i nie wiadomo czego jeszcze wwozi się na terytorium Australii. To już kolejka jest jedna, dla wszystkich obowiązkowa. Nawet jeśli zadeklarujesz, że nie masz niczego takiego, czeka Cię kontrola. My akurat zgłosiliśmy kilka prezentów, więc karnie czekaliśmy czy się uda czy nie. Wszystko fabrycznie zamknięte? Nie ma sprawy, idźcie dalej. Myślałby kto, że to koniec… Nie, nie, przed samym wyjściem trzeba wszystkie bagaże ustawić na ziemi w rządku, ustawić się przy żółtej linii i czekać. Na co? Na psa-biostrażnika, który wszystko dokładnie obwącha… Przed nami para Australijczyków ryknęła na celniczkę, że nigdy nie byli na tak źle zorganizowanym lotnisku, że to wstyd dla Australii i co sobie pomyślą ci wszyscy turyści. Cóż, my też chyba nigdy nie byliśmy na tak źle zorganizowanym lotnisku…

Melbourne nam się podoba. Jest nowoczesne, ale jednocześnie klasyczne, głośne, ale sympatyczne, tłoczne, ale bez problemu można znaleźć spokojne miejsce. Włóczymy się po wielkich alejach i małych uliczkach i chłoniemy atmosferę. Byliśmy w tutejszym akwarium, jest dość małe, ale rewelacyjnie zaprojektowane i bardzo ciekawe. Najbardziej podobały nam się pingwiny, którym stworzono tu naprawdę świetne warunki. I chyba głównie ta fascynacja pingwinami spowodowała, że udaliśmy się na Philip Island, wyspę ok 80 km od Melbourne, na której mieszkają najmniejsze na świecie pingwiny, mają ok. 30 cm i są przezabawne! Co wieczór po całym dniu pływania w morzu wydostają się na brzeg i szukają norki na nocleg. Z każdą falą wyskakuje od kilku do kilkudziesięciu sztuk! Widzieliśmy też z bardzo bliska wiecznie rozleniwione koale i z daleka kangury – na nie jeszcze przyjdzie czas. Słyszymy tu same ogromnie pozytywne opinie o przyrodzie na Tasmanii, więc już się nie możemy doczekać! Samolot zarezerwowany na wtorek, bo w weekend Łukasz ma gościnne występy w polskich szkołach w Melbourne – będzie dzieciakom opowiadał o przygodach misia Wojtka.

Z innych ciekawostek odwiedziliśmy tutejsze zoo „afrykańskie”, bardzo fajnie zorganizowane. Na ogromnej przestrzeni jest naprawdę sporo zwierząt, którym stworzono warunki maksymalnie zbliżone do naturalnych. Jeździ się po nim samochodem, jak na prawdziwym safari. Szkoda, że w Polsce to absolutnie nie do powtórzenia z uwagi na nasz, no cóż, absolutnie nieafrykański klimat. Tutaj teraz, zimą (temp. min. +2 stopnie zdarza się ogromnie rzadko) żyrafy nocą dogrzewa się lampami gazowymi, u nas to by zdecydowanie nie wystarczyło :D

[gallery link="file" orderby="ID"]

środa, 6 czerwca 2012

Już za chwileczkę, już za momencik...



6 tygodni przygody! Melbourne, cała Tasmania, pewnie Queensland, w drodze powrotnej 4 dni w Seulu, a w międzyczasie kto wie co jeszcze... :) Już za chwileczkę, już za momencik, startujemy 24 czerwca!