poniedziałek, 25 lipca 2011

Swakopmund - Sossousvlei - Keetmanshoop - Windhoek


W Swakopmund z radością odpoczęliśmy od namiotu. 4 noce w łóżku, w pościeli, z własną łazienką i śniadaniem w cenie - rewelacja ;) Najedliśmy się ryb, krewetek (Jonasz uwielbia!), spacerowaliśmy nad oceanem, ładowaliśmy akumulatorki.



W ramach podnoszenia poziomu adrenaliny skoczyłam ze spadochronem, numer któryś tam na mojej prywatnej Bucket List. Było wspaniale!



Co jeszcze widzieliśmy w ostatnim etapie podróży? Wydmy w Sossousvlei, fantastyczne formacje skalne zwane Giant's Playground (rzeczywiście wyglądają jak zabawki porozrzucane przez olbrzymy!), drzewa aloesowe mające kształt parasoli i krater wulkanu Brukkaros. Przed samym wylotem odpoczęliśmy nad wielkim jeziorem przy tamie w Rehoboth, gdzie miało być mnóstwo pelikanów. Widzieliśmy tylko cztery, ale nad ranem (namioty rozłożyliśmy nad samą wodą) słyszeliśmy donośne plumkanie - może akurat polowały...?






















A teraz już jesteśmy w domu, oswajamy się z rzeczywistością stacjonarną. Przeżyliśmy, wróciliśmy cali i zdrowi, bogatsi o kolejne doświadczenie. Podróżowanie z dzieckiem okazało się łatwiejsze i przyjemniejsze niż bez niego. No, może plecaki tym razem były nieco cięższe... :D

Więcej o tej podróży, już z perspektywy dorosłych, a nie malucha, przeczytacie na www.afrykanowaka.pl, Łukasz opisuje to barwnie i szczegółowo :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz