poniedziałek, 25 lipca 2011

Swakopmund - Sossousvlei - Keetmanshoop - Windhoek


W Swakopmund z radością odpoczęliśmy od namiotu. 4 noce w łóżku, w pościeli, z własną łazienką i śniadaniem w cenie - rewelacja ;) Najedliśmy się ryb, krewetek (Jonasz uwielbia!), spacerowaliśmy nad oceanem, ładowaliśmy akumulatorki.



W ramach podnoszenia poziomu adrenaliny skoczyłam ze spadochronem, numer któryś tam na mojej prywatnej Bucket List. Było wspaniale!



Co jeszcze widzieliśmy w ostatnim etapie podróży? Wydmy w Sossousvlei, fantastyczne formacje skalne zwane Giant's Playground (rzeczywiście wyglądają jak zabawki porozrzucane przez olbrzymy!), drzewa aloesowe mające kształt parasoli i krater wulkanu Brukkaros. Przed samym wylotem odpoczęliśmy nad wielkim jeziorem przy tamie w Rehoboth, gdzie miało być mnóstwo pelikanów. Widzieliśmy tylko cztery, ale nad ranem (namioty rozłożyliśmy nad samą wodą) słyszeliśmy donośne plumkanie - może akurat polowały...?






















A teraz już jesteśmy w domu, oswajamy się z rzeczywistością stacjonarną. Przeżyliśmy, wróciliśmy cali i zdrowi, bogatsi o kolejne doświadczenie. Podróżowanie z dzieckiem okazało się łatwiejsze i przyjemniejsze niż bez niego. No, może plecaki tym razem były nieco cięższe... :D

Więcej o tej podróży, już z perspektywy dorosłych, a nie malucha, przeczytacie na www.afrykanowaka.pl, Łukasz opisuje to barwnie i szczegółowo :)

czwartek, 14 lipca 2011

A co on tam bedzie jadl???


Wiele osob zaraz po stwierdzeniu, ze jestesmy szaleni zabierajac niemowle do Afryki pytalo: a co on tam bedzie jadl? Abstrahujac juz od tego, ze tu tez sa dzieci i firmy chcace na nich zarobic, zdrowe 8-miesieczne dziecko, nie chowane na papkach i idiotycznych schematach zywieniowych moze jesc juz wlasciwie wszystko, jesli jest to zdrowie i swieze. I oczywiscie smaczne :)



Jonasz zatem ze smakiem pozera awokado z tunczykiem, slini sie na sam widok bananow i pomaranczy, pokrzykuje ponaglajaco gdy podaja pieczona rybe lub krewetki, usmiecha sie gdy w zasiegu lapki pojawiaja sie suszone morele. Probowal tez biltongu i jadlby go hurtem, ale na suszone mieso w wiekszej ilosci musi jednak poczekac.



Uwielbia popularna tu odmiane dyni o nazwie butternut I slodkie ziemniaki, zwlaszcza w lokalnej potrawie o nazwie poky, ktora z pewnoscia przeniesiemy na polska ziemie! Z tutejszych specjalow wcina tez nsime, czyli paciaje z kukurydzy, najchetniej w drugiej rece trzymajac zielona fasolke. Smakuje mu rooibos.
Z glodu wiec na pewno nie umrze :)












Dzis ogladalismy delfiny. I foki kolejny raz. I pelikany. Pieknie jest :)

środa, 13 lipca 2011

Windhoek - Etosha - Swakopmund

Gdziekolwiek sie pojawiamy, Jonasz wzbudza same pozytywne reakcje. W restauracji szukaja dla nas najlepszego stolika, przynoszac od razu krzeselko dla malucha. Na farmie gepardow tlumacza, do ktorego z tych oswojonych podejsc, by malec mogl go poglaskac. W wiosce plemienia Himba wszystkie dziewczyny chcialy go potrzymac choc przez chwile, pytajac na migi o wszystkie zwiazane z dzieckiem szczegoly. W fabryce jedwabiu pracownice specjalnie dla niego zaczely tanczyc i spiewac. I tylko foki na Cape Cross pozostaly niewzruszone, gadajac bez przerwy w swoim jezyku, wiec Jonasz sam nawiazal kontakt nasladujac ich dzwieki.



Podrozujace niemowle to super sprawa. Nie dosc, ze zalatwia nam najfajniejsze miejscowki, to chlonie wszystko calym soba. Jonasz rozwija sie pieknie kazdego dnia. Motorycznie pewnie podobnie rozwijalby sie w domu, ale jestesmy przekonani, ze emocjonalnie tu rozwija sie szybciej. Po pierwsze caly czas ma do dyspozycji oboje rodzicow, a po drugie - otaczajacy go swiat zmienia sie z godziny na godzine. Najbardziej zadziwia nas to jak doskonale to znosi. Nie marudzi, nie placze, a spotkani ludzie chwala jakie mamy pogodne dziecko :)



Teraz jestesmy w Swakopmund, jutro wyprawa w poszukiwaniu delfinow.

środa, 6 lipca 2011

Gobabis - Leonardville - Windhoek


Ludzie tu są bardzo goscinni. Gdziekolwiek przyjezdzamy, pytaja skad jestesmy, zapraszaja na kolacje, a nawet na nocleg. Po kilka razy pytaja czy czegos nam nie trzeba. Chetnie pokazuja swoje farmy, kazda z nich jest ogromna, na kazdej jest miejsce pod uprawy, pastwiska, spory ogrod przy domu, camping dla takich jak my gosci, na pozostalym obszarze zyja dzikie zwierzeta, glownie antylopy, ale tez strusie, szakale, springhare (to takie skrzyzowanie kangura i szczura ;) ).

Przez tydzien mieszkalismy wszyscy na farmie Surete i Gerrita, malzenstwa z RPA, mieszkajacego tu od 18 miesiecy. Maja dwie corki, 12- i 15-letnia, ktore w kazde niedzielne popoludnie wyjezdzaja, by wrocic w piatkowy wieczor. To szkola. W Namibii sa takie przestrzenie, ze czesto do najblizszej szkoly jest niemal 200 km, wiec rzadko ktore dziecko moze codziennie chodzic i wracac ze szkoly, z reguly juz 6-latki mieszkaja w internacie i rodzicow widuja tylko w  weekendy.

Na naszym canpingu zamieszkal z nami na chwile Mieeeeetek. Mlody koziol. Raz z daleka zobaczylismy, ze lezy na sciezce, a reszta stada odchodzi, wiec myslac, ze cos sie stalo, ruszylismy w jego strone. A okazalo sie, ze on po prostu zaspal i nie zdazyl pobiec za reszta. I pozniej lazil wokol naszego "obozu" i meczal "Mamaaaaaaaaa, gdzie jestes?", ewentualnie "Chlopaki, poczekajcie na mnie!" I tak calutki dzien zanim stado nie wrocilo.

Goscinny Gerrit zabral nas tez na nocne safari po farmie, widzielismy naprawde wiele zwierzat, ale najwieksze wrazenie tej nocy zrobily na nas jezozwierze. No i przejmujace zimno, jechalismy na pace starej toyoty, a temperatura wynosila jakies 5 stopni. Przemarzlismy okrutnie mimo kocy i z zazdroscia myslelismy o Lukaszu, ktory zostal z Jonaszem i mogl grzac sie prz cieplutkim ognisku.

W czasie tego tygodnia ci, ktorzy mieli jezdzic konno, jezdzili (www.afrykanowaka.pl), poznalismy serdecznych, szalenie gocinnych ludzi, odpoczelismy.

A teraz znow jestesmy w Windhoek, Lukasz wlasnie w lokalnym radiu udziela wywiadu, opowiadajac o Kazimierzu Nowaku. Popoludniu wyjezdzamy na polnoc, w strone Waterbergu i Etoshy, zatem zwierzaki - nadciagamy! :)