wtorek, 1 grudnia 2009

Ciudad de Mexico

Cel: dotarcie na przedstawienie Cirque du Soleil, na ktore bilety zostaly wyprzedane dawno, dawno temu.

Czas akcji: niedzielny wieczor.

Miejsce akcji: stolica Meksyku.

Akcja: lot z Cancun do Meksyku opozniony. Bagaze pojawiaja sie po 40 minutach od przylotu, na szczescie choc raz nasze wyjezdzaja na poczatku. Jest 20:00, przedstawienie zaczyna sie, wg wiesci z Internetu, o 21:00. Lecimy oddac duze plecaki do lotniskowej przechowalni bagazu, pedzimy na taksowke. Musimy dotrzec dokladnie na drugi koniec tego olbrzymiego miasta w mniej niz 50 minut. Mowimy kierowcy, ze bardzo nam zalezy, ze musimy, ze prosimy. Chlopak daje z siebie wszystko, gna tak, ze az sie zastanawiamy czy nie przesadzilismy. Udaje sie, dojezdzamy na miejsce w 40 minut. I co sie okazuje? Ze przedstawienia tego dnia byly o 13:00 i 17:00, nie ma zadnego o 21:00... Internet klamie :/ A bylismy tak blisko... Ale przynajmniej mamy motywacje i bedziemy scigac Cirque du Soleil w Europie.

Zobaczcie, że warto: Cirque du Soleil

Poniedzialek spedzilismy poznajac kolejna po Inkach w Peru, Aztekach w Meksyku i Majach w Gwatemali kulture Indian. Teotihuacan znane jest z dwoch olbrzymich piramid, Slonca i Ksiezyca i prawdopodobnie byla to stolica najwiekszego w Meksyku imprerium sprzed konkwistadorow. Piramidy robia wrazenie swoja wielkoscia, mozna na nie wejsc, ale na nas wieksze wrazenie zrobil polozony w dzungli Tikal niz te ruiny polozone na niczym nieoslonietej rowninie z tlumem ludzi i sprzedawcow.

Po drodze do Teotihuacan zatrzymalismy sie przy bazylice Naszej Pani z Gwadelupy, jest to podobno drugie po Watykanie miejsce pielgrzymowania na swiecie. W tym miejscu w 1531 roku nawroconemu Indianinowi cztery dni z rzedu (9, 10, 11 i 12 grudnia) ukazywala sie Maryja, ktora kazala mu isc do biskupa i powiedziec, ze zyczy sobie, by w tym miejscu wybudowac swiatynie. Biskup mu nie uwierzyl, mowiac, ze predzej Maryja ukazalaby sie jemu, biskupowi, a nie swiezo ochrzczonemu tubylcowi. Ale czwartego dnia Maryja sprawila, ze na Jej wizerunek ukazal sie na ubraniu Indianina i biskup uwierzyl.

Obecnie bazyliki sa dwie, stara, zapadajaca sie (Meksyk niemal w calosci jest zbudowany na zasypanym jeziorze) i nowa, w ktorej wisi swiety obraz i w ktorej codziennie o 6 rano do 20:00 co godzine odprawiane sa msze. To co nas zaskoczylo to zupelnie inne podejscie Meksykanow do religii. Katolicyzm ten sam, co w Polsce, ale u nas jest on taki melancholijny, nawet smutny, a tu kiczowate kolory i glosna muzyka (glownie oczywiscie mariachi) sprawia, ze ma sie wrazenie, ze w kosciele trwa nieustanna impreza.

Dzis juz konczymy nasza przygode z Ameryka Lacinska. Za chwile idziemy na jakies ostatnie zakupy, a za 10 godzin wsiadamy w samolot i wracamy do domu. Zbyt szybko minęło...

niedziela, 29 listopada 2009

Isla Mujeres



Isla Mujeres miala byc spokojna, niemal bezludna alternatywa dla Cancun. Przyplynelismy promem poznym popoludniem i... zaskoczyl nas tlum ludzi w okolicach przystani. Ale powiedzialo sie a, trzeba bylo powiedziec b. Znalezienie hotelu okazalo sie zadaniem nielatwym - wszystkie byly nieciekawie polozone, a te z dobra lokalizacja mialy ceny z kosmosu. Pomocna dlon podal nam Uczynny Dziadunio, autochton wygladajacy na lekkiego oszoloma, trzymajacy w garsci kilka ulotek. Zapytal ile mozemy zaplacic i zaprowadzil nas najpierw do jednego hotelu (nie spodobal nam sie), a pozniej do nastepnego, polozonego duzo dalej. wiec po drodze zdazyl opowiedziec nam historie swojego zycia. Hotel okazal sie bardzo ladny, polozony na plazy, wiec Uczynny Dziadunio zasluzyl na napiwek. Jakze sie ucieszyl! Opowiedzial nam jeszcze kilka anegdotek i kazal koniecznie odwiedzic delfinarium. Zatem jednego dnia wypozyczylismy rowery i wybylismy ogladac delfiny. Na Isla Mujeres znajduje sie najwieksze na swiecie delfinarium zlokoalizowane w naturalnym dla delfinow srodowisku. Weszlismy, zobaczylismy co jest grane i przepadlismy :)

Najpierw pokazano nam film instruktazowy jak porozumiewac sie z delfinami, jakie sa zasady bezpieczenstwa, gdzie mozna, a gdzie nie wolno dotykac delfinow. Pozniej weszlismy do morza i zabawa sie rozpoczela. Poznalismy dwa delfiny - Da Vinci i Chal, ktore przez godzine towarzyszyly nam w igraszkach. Najpierw grzecznie sie przywitalismy - polozylismy dlonie plasko na wodzie, a delfiny przeplynely pod nimi, dajac sie poglaskac. Nastepnie polozylismy dlon na dloni, by otrzymac delfinowe buziaki - zwierzaki "cmoknely" nas w kazdy policzek i usta, piekne uczucie :) Teraz nadszedl czas na uscisk dloni, na umowiony sygnal delfin podplywal, ustawial sie pionowo i wystawial pletwy do uscisniecia. A po chwili ustawilismy sie w wodzie do przejazdzki (wlasciwie "przeplywki" ;)) Delfiny podplynely, lapalismy za ich pletwy grzbietowe i zostalismy pociagnieci kilkanascie metrow, wesolo przeskakujac przez fale. Najbardziej emocjonujacym zadaniem okazalo sie ulozenie na wodzie w pozycji Supermena z palcami stop skierowanymi maksymalnie w dol. Delfiny podplywaly od tylu i na nosach wyniosly nas wysoko, wysoko ponad powierzchnie wody. Zdziwila nas sila tych zwierzat, przeciez wygladaja na tak delikatne. Olbrzymie przezycie! Pozniej zostala nam jeszcze chwila na tanczenie z delfinami, skoki delfinow, przytulanie sie do delfinow i... czas mija zdecydowanie zbyt szybko!

Jestesmy pod ogromnym wrazeniem, delfiny nas zaczarowaly. Sa piekielnie inteligentne, szalenie wesole i bardzo sklonne do zabawy. Wszystkie ich zachowania w tymze delfinarium wzorowane sa na ich naturalnych odruchach, zwierzeta nie sa sztucznie tresowane do zabawy z ludzmi. Te ich przymruzone oczy, usmiechniete pyszczki, mieciutka skora... Przezylismy naprawde wspanialy dzien, jeden z takich, ktore trafiaja sie raz w zyciu.

A wracajac zahaczylismy o farme zolwiowa - miejsce gdzie ratuje sie male zolwiki. Zolwice zostawiaja jaja na plazach Isla Mujeres i odplywaja, zostawiajac jaja na pastwe drapieznikow. Wolontariusze wykopuja te jaja i zakopuja je na farmie w bezpiecznym miejscu, a dolek opisany jest dokladnie - data zlozenia jaj i lokalizacja. Gdy zolwiki sie wykluja, na kilka dni umieszczane sa w basenie w celu aklimatyzacji, a pozniej transportowane w dokladnie to samo miejsce, gdzie ich matka zlozyla jaja. Kilku zapalencow zainicjowalo fantastyczna dzialalnosc, ktora pomaga chronic populacje zolwi na swiecie.

czwartek, 26 listopada 2009

Belize


Belize jest bardzo karaibskie. Pobrzmiewa reagee, duzo tu dredow i panuje ogolny luz. Ludzie sa przemili, zawsze widza turyste-czlowieka, a nie turyste-worek pieniedzy, bardzo to inne od naszych gwatemalskich doswiadczen. Tu mijany na ulicy czy plazy miejscowy zyczy ci milego wieczoru, a sprzedajacy swoje wyroby rastafarianin usmiecha sie do ciebie szeroko nawet jesli nie masz zamiaru nic od niego kupic. Jedzenie jest tu bardzo pikantne, smaczne, a rum leje sie strumieniami. Tropikalne ulewy sa krotkie i bardzo intensywne, slonca jest mnostwo, ale palmy daja cien, okres wegetacyjny trwa okragly rok - w sumie nic dziwnego, ze tutejsi ludzie sa tak zyczliwi :)

Wybralismy sie na calodniowa wyprawe lodkowa na na Bacalaar Chico Island. Nurkowanie jest tu piekielnie drogie, wiec tylko z maska i pletwami poplywalismy, ale i tak widzielismy mnostwo kolorowych rybek, manty, w tym jedna naprawde wielka, puffer fish (w domu sprawdzimy co to), tez spory stwor, ciekawie nam sie przygladajacy. Rafa koralowa naprawde piekna w tym miejscu. W kazdym innym pewnie tez... A na koniec niespodzianka - udalo nam sie wypatrzec stadko delfinow, wesolo przeskakujacych przez fale, a pozniej tuz przy naszej lodzi pojawil sie manat, krowa morska, przedziwne stworzenie, a zyje podobno nawet 80 lat...

sobota, 21 listopada 2009

Tikal

Piramidy ukryte w gestej zielonej dzungli. Malpy wrzeszczace w koronach drzew. Kolorowe papugi i tukany goniace sie wesolo o poranku. O 6:00 rano Tikal budzi sie do zycia, zwiedzajacych jest jeszcze bardzo malo. Dzungla powoli odslania swoje tajemnice. Ponad godzine siedzielismy na najwyzszej piramidzie i nikt sie nie zblizyl, nawet nie pojawil sie na horyzoncie. Malpy wywarly na nas piorunujace wrazenie. Nie widzielismy drapieznikow, ale wyobrazamy sobie jak swietny to dom dla pum i jaguarow. Oszalamiajace, magiczne, piekne miejsce.

piątek, 20 listopada 2009

Semuc Champey


Dojechalismy do Semuc Champey. Szef noclegowni po uslyszeniu skad jestesmy od razu nam zapowiedzial, ze z Polakami rumu juz nie pije. I ze nauczyl sie, ze jego salud! to po polsku na zdrowie! Sebastian zostawil po sobie piekne wspomnienia :)))

Nastepnego dnia o 9:30 wyprawa do jaskini, godzina w jedna i godzina w druga strone. Od poczatku brodzi sie po kostki (badz po kolana w przypadku przewodnika - Gwatemalczycy sa bardzo nieduzi), w reku trzymajac swiece, by oswietlic sobie droge. Nastepnie robi sie coraz glebiej, znow plycej i nagle traci sie grunt i trzeba plynac - wciaz ze swieca. Dodam, ze nikt nas o tym nie uprzedzil, co wiecej - nikt nas nawet nie zapytal czy umiemy plywac! Standardy bezpieczenstwa roznia sie tu od tych europejskich :) Takich basenow bylo kilka plus liczne drabinki, wodospady i spiace  w roznych zakamarkach nietoperze. Przezylismy, nawet uznalismy, ze to ciekawe doznanie bylo, ale w trakcie  wedrowki kilka razy strach zagladal nam w oczy.

Za to powrot byl rewelacyjny - na brzegu rzeki, ktorej wody wypelniaja jaskinie, zapakowalismy sie do wielkich gumowych kol i z pradem splynelismy prosto do naszego bungalowu.

A po mniej wiecej godzinie sprawilismy sobie nagrode - przez paskudny metalowy brudnozolty most przeszlismy na druga strone rzeki, poszlismy ostro pod gorke i trafilismy do wlasciwego Semuc Champey. Plotka o zrodlach okazala sie nieprawdziwa, ale jest tam kilka basenow, w kazdym woda w innym kolorze - turkusowa, seledynowa, blekitna, czysta i przejrzysta, zachecajaca do kapieli. Spedzilismy tam ponad 3 godziny, plywajac, skaczac z miniwodospadow, siedzac na skalach, czytajac, opalajac sie i ogolnie relaksujac. Po takim dniu piwo smakuje doskonale! Zwlaszcza z recznie robiona czekolada, ktora sprzedaly nam 5-letnie dzieciaki. Kupilismy mleczna i z gpzdzikami i kardamonem. Pycha!!


No i na koniec najnowsze zdjecie z Flores, dokad dotarlismy po kolejnym dniu w spedzonym autobusiku: